Niewiele rzeczy mnie obrzydza, ale jedną z tych które tak, jest plwocina na chodniku.
Ktoś kto pluje na chodnik, to od razu u mnie ma łatkę patusa, który nie przystosował się do życia w społeczeństwie. Rozumiem, że czasem każdy może mieć potrzebę splunięcia, szczególnie gdy ma katar, ale można to zrobić ukradkiem, w krzaki lub trawę. Osobniki które wycharkują się na przystanku, to już w ogóle brak słów na takie zachowanie.
Skąd to się bierze? Pamiętam w podstawówce (a było to wiele lat temu), plucie z jakiegoś powodu było domeną raczej dzieciaków z zapędami bandycko-menelskimi. Manifestowali swoje bycie gitem poprzez bójki, palenie papierosów i właśnie spluwanie, a im bardziej finezyjną techniką wypuścili ślinę z ust, tym wyżej w hierarchii znajdował się mały patusek. Ot, takie właśnie ideały wynosili z domu i z podwórka, i pewnie tak im zostało.
#gownowpis albo raczej #ślinowpis
