@Kronos Owszem, to ryzyko.
Ale taki handel jest bardzo nieprawdopodobny. Powodów jest tutaj wiele.
Pierwszym jest, o dziwo, lojalność plemienna. Stany potrzebują sojuszników, a jedynymi w miarę pewnymi są państwa europejskie, z którymi ten kraj współdzieli znaczną część etnosu. NATO powstało właśnie z tego względu. I wbrew zapewnieniom, nie było wyłącznie sojuszem obronnym, a sojuszem w celu wyeliminowania zagrożenia wschodniego (jak wiele innych sojuszy europejskich w historii). Wyeliminowania pasywnie, bądź aktywnie. Ten element wspólnoty NATO jest bardzo istotny z punktu widzenia żywotnych interesów USA, bo gwarantuje znacznie szerszą projekcję siły na planecie.
Niekompatybilność kulturowa powoduje również niemożność robienia handlów z państwami Azji - one mogą być jedynie ustawione do pionu jakimiś działaniami, ale nie mogą być trwałymi sojusznikami (kolejny casus wynikający z historii). Wyjątkiem może tu być Japonia, ale jedynie dlatego, że również jest mentalnie bardzo różna od sąsiadów.
Następnym powodem jest miałkość oferty rosyjskiej. O ile armia chińska jest niezaprawiona w boju, o tyle rosyjska, nawet doposażona, jest obciążona oligarchiczną strukturą dowodzenia, która wyklucza jej efektywne użycie. Oczywiście można przemielić dodatkowe kilka milionów ruskich w wojnie z Chinami (co już też było ćwiczone historycznie i to całkiem niedawno, acz na małą skalę), o tyle efektywność takiego rozwiązania jest wątpliwa.
Miałkość tej oferty polega również na braku dodatkowych atutów - przemysł rosyjski jest przestarzały, niewydolny i dławiony korupcją. Nie można nań zrzucić dodatkowych obowiązków. Ach, wspomniałem o niedoborze pracowników i nadciągającym w tym kontekście kryzysie demograficznym? No właśnie. Zasoby naturalne są wbrew pozorom marnym argumentem.
Idąc dalej, rosja nie może wyplątać się z układu BRICS - to jedyne pewne źródło środków i technologii. Tymczasem, mając USA za sojusznika trzeba spełnić kilka wejściowych warunków, których rosja nie będzie mogła spełnić przez wiele najbliższych lat. Nie chodzi o demokratyzację, a o stabilny, wolny rynek. Bez gigantycznego narzutu korupcji. Trump już tego posmakował w Ukrainie - wycinanie raka korupcji nie jest łatwe, ale czas wojny sporo ułatwia. Niemniej, to duży problem mentalnościowy. A Ukraina, za czasów ZSRR była najbardziej zindustrializowaną republiką sojuza, z najbardziej praktycznym podejściem do biznesu (jeśli można mówić o biznesie w kontekście gospodarki planowej). Jednak problem dławienia inicjatywy wszechobecnym bakszyszem spowodował, że po odzyskaniu niepodległości Ukraina się stoczyła. A raczej - nie poszła w górę tak, jak choćby Polska. W rosji, ten problem jest dużo głębszy i z punktu widzenia Trumpa, inwestowanie w takiego niepewnego (z powodu różnic mentalności) i zasobożernego (bo czarna dziura korupcji zeżre, co się da) sojusznika jest mało sensowne.
Mógłbym pisać dalej, bo jest o czym, ale na razie wystarczy.