Ale mam protipa związanego z #depresja dla osób, które mają kogoś u swojego boku - partnera, rodzinę czy współlokatora.
Najpierw kontekst: spotkałem wczoraj dalekiego znajomego i chwilę pogadaliśmy. Koleś powiedział mi, że przeżył silne załamanie nerwowe. Po prostu jednego dnia nie dał rady wstać z łóżka. Nagle zaczął go paraliżować stres, strach, poczucie bezsensu i po prostu nie poszedł do pracy, a nawet nie wyszedł z sypialni, tylko leżał i gapił się w sufit. Sporo czasu zajęło mu ogarnięcie tego stanu (wspominał także o leczeniu farmakologicznym) i nieoceniona stała się tu pomoc małżonki, która okazała wiele wsparcia.
I przez tą historię, z drugą połówką zaczęliśmy się zastanawiać i zadawać nawzajem pytania typu:
**Jakich akcji oczekujesz po mnie, kiedy pewnego dnia coś takiego by cię dopadło? **
Wydaje mi się, że takie pytanie jest niesamowicie ważne do zadania sobie w związku. Nie znamy w sumie dnia ani godziny, kiedy coś takiego może nastąpić. Ten znajomy dzień przed incydentem normalnie pracował, rozmawiał z ludźmi. Pewnie już wtedy coś niedobrego kiełkowało w jego jaźni, ale nie dawało o sobie znać w taki sposób, aby było to widoczne oraz możliwe do zapobiegnięcia.
To co z różową uzgodniliśmy jako nasz plan działania:
Jeśli nie będzie dało się dogadać, bo ten leżący tylko coś bełkocze - to od razu telefon alarmowy, bo to może być udar.
Jeśli rozmowa będzie możliwa, ale będą to rzeczy typu "boję się", "nie wyjdę z łóżka", "tak będę leżał" - to druga osoba musi skontaktować się z pracodawcą cierpiącego i dać znać, że dzisiaj bierze urlop na żądanie, a następnie spróbować ogarnąć lekarza pierwszego kontaktu. Najlepiej samemu także wziąć urlop na ten dzień, aby spędzić go razem z cierpiącym i spróbować dopilnować, aby zjadł albo aby nie wykręcił czegoś, czego mógłby żałować.
Uznaliśmy wspólnie, że to jest dość ważne, aby sobie opracować jakiś plan na taki wypadek, co by nie było paniki, chaotycznego działania lub bagatelizowania problemu.

