Byłem w boskim przybytku. Zwała się Tawerną na Krańcu Świata i była najwspanialszym miejscem na ziemi.
Stołowałem się tam, jadałem potrawki wołowe, najwspanialsze gołąbki i czerwony barszcz. Piłem aromatyczne wino ze szklanych kielichów oraz bogaty, lepki miód z rogu
Z wody wyszła niewiasta. Kazała mu ocenić każdego podróżnika, który przybył do puszczy. Wybierz tego, który jest wart skarbu: mówiła. Nawet nie wiesz kiedy, ale kości wpadły w Twoje ręce
Ja wiem, że oni Cię straszą wiecznym potępieniem, gotowaniem w kotłach ze smołą i kłuciem trójzębem przez diabła, gdy tylko zboczysz ze ścieżki prawości na manowce grzechu.
Zimna, oschła, niedostępna. Wyniosła, ironiczna, władcza. Nazywali ją królową lodu, bo każdy człowiek chciał jej służyć, ale zastawał chłodny mur obojętności. Zwaśniła rody, podzieliła ludy.
Nasza miłość, Sigmar Młot Goblinów z rodu Unberogenów, Boski Król to śmiertelnik, który stał się Najwyższym! To właśnie on scalił nasze zwaśnione ludy i poprowadził człowieka ku chwale, dając zwycięstwo nad Królową Lodu.
Nie miałem żółwiej skorupy, ale uzbroiłem się w złoty totem, diamentową zbroję, tarczę i stalowy miecz. Na tyle było mnie stać. Wziąłem do ręki mapę i popłynąłem w głąb. Niestety, przeliczyłem się i już przy końcu zabrakło mi powietrza. Szukałem rozpaczliwie kryjówki.
I wtedy pojawił się ON. Wybawienie. Znalazłem go pod wodą. Siedział sobie przy kontuarze zrobionym ze stołu kartograficznego, a swoje miejsce na dnie zrobił z otwartych drzwi, które nie przepuszczały wody.
Wiedział dokładnie, czego potrzebowałem i sprzedał mi to za kilka emeraldów.
W dłoniach ściskałem świecące kości z inkrustacjami z tamtego świata. Wyczuwałem w nich magię. To był prezent od tamtego zakapturzonego pana.
Teraz nie żałuję, bo po latach mam dobrą pracę, kochającą żonę i córeczkę. Wspominam jednak ten dzień i spotkanie. Dziwny to był osobnik, ten kupiec Ergiefkus.
Pistolet błysnął, padł strzał, a echo zatańczyło między opustoszałymi saloonami. Bandyta runął na piasek, a Joe spojrzał na dym unoszący się z lufy i mruknął: „Dymiący los, mój stary przyjacielu, znów uratowałeś mi skórę.”
Odgarnął kurz z płaszcza i ruszył w stronę zachodzącego Słońca, gdzie czekał na niego nowy koń, nowy burbon i zapewne nowe kłopoty.
Normalny człowiek: Swędzą plecy, kupie sobie drapaczkę, albo się rozciągne.
Ja: rozciągam się, wykręcam ręce w chińskie osiem i nic. Dalej swędzi.
Plecy miałem podrapane jakby ktoś mi przejeżdżał batem albo nożami szorował.
Trochę poszperałem, znalazłem drapaczke jako łom. Pomysł ciekawy, nowatorski, trochę nawiązanie do gry Garry’s Mode. Mi nie odpowiadało.
Szukam dalej, znalazłem. Idealna i trochę taka Halloweenowa.
Wydrukowałem na biało, by ładnie wyglądało (model trochę nieprzewidziany, bo dużo roboty przy nim) i złożyłem. Jednak muszę przyznać, że drukowało się przyjemnie.
Czy się sprawdza? Sprawdza się super, bo można się normalnie podrapać bez uprzednio wykonywania jogi.