Żołnierze stacjonujący przy granicy mają problem z wypłatami.
Kilka tysięcy żołnierzy ruszyło na wschód pod koniec sierpnia. Wysłał ich tam gen. Wiesław Kukuła, ówczesny dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych, a obecnie, po ostatnich perturbacjach kadrowych na szczytach armii, szef Sztabu Generalnego na polecenie Mariusza Błaszczaka.
Przedsięwzięcie to było robione w ogromnym pośpiechu i chaosie. Zabrakło planowania i logistyki. Dlatego żołnierze na początku nie mieli jedzenia i zaplecza sanitarnego. Po kilku tekstach Onetu warunki służby znacznie się poprawiły, co potwierdzają nam żołnierze z różnych miejsc zgrupowania.
Żołnierze do dziś nie wiedzą, po co właściwie zostali wysłani na wschód.
— Jeździmy po okolicy bez żadnych zadań — mówi nam jeden z nich. Inny dodaje: — Chyba że do naszych zadań można zaliczyć zabezpieczanie przedwyborczych pikników i spotkań z politykami PiS, na które specjalnie ściągany jest z naszych jednostek sprzęt wojskowy. Robimy tu za ściankę dla polityków władzy.
Najbardziej doskwiera żołnierzom jednak kwestia braku wypłat należnych im pieniędzy. Minister Błaszczak, przed skompletowaniem zgrupowania "Podlasie" podpisał rozporządzenie, w którym przyznał im 400 proc. dziennej diety. Oznacza to, że za każdą dobę służby mają oni otrzymać ok. 160 zł. Wypłata tych środków miała nastąpić do 10 dnia każdego miesiąca. Jednak większość żołnierzy do dziś nie zobaczyła obiecanych pieniędzy na swoich kontach.
Z nieoficjalnych rozmów z wysokimi rangą oficerami dowiedzieliśmy się, że wojskowa kasa świeci pustakami. — W armii nie ma już pieniędzy. Poszły na pikniki i różne dziwne przedwyborcze działania. Dla wojska zabrakło — mówi nasz rozmówca.
#wiadomoscipolska #wojsko

