W sobotę odwiedziłam kino, pierwszy raz od października. Na "Michaela" sobie poszłam. Nie spodziewałam się wielkich emocji i mega przeżycia, toteż nie wyszłam z kina rozczarowana.
Fajne filmidło, ale bardziej telewizyjne niż kinowe. Ukazuje życie wielkiego artysty i biednego człowieka. Ojciec przemocowiec, matka bierna. Pogubiona istota, choć przy tym sprytny przedsiębiorca.
Opowiadać fabuły nie będę.
Aktor odtwarzający rolę króla popu, który jest jednocześnie jego bratankiem w prawdziwym życiu zagrał dobrze, ale ja, oglądając go, nie czułam Michaela w Michaelu. Jakoś tak, no, nie pykło jak dla mnie.
Generalnie piękna laurka. Nie było o nim niczego złego.
Ma podobno powstać druga część. Ciekawe czy tam poruszą kwestie kontrowersyjne, które do tej pory poruszają opinię publiczną.
7/10 jak dla mnie, bo cenię jego kawałki i tupalam nóżką na seansie. Ale ogólnie to takie 6 naciągane.
#opinia #film #recenzja #gownowpis #michaeljackson
