@Shivaa Współczuję. Człowiek to zawsze mądry po czasie. Gdy coś przeminie to wtedy nagle się budzi i żałuje. A czasu nie da się cofnąć. Podobnie miałem z moim Tatą, chociaż zawsze miałem z nim na bakier i słowo "tata" nie przechodziło mi przez usta. Zawsze żyliśmy w złości i niezrozumieniu. Po czasie zrozumiałem, że chciał na swój sposób dobrze dla mnie, ale byłem wtedy młody i zdecydowanie zbuntowany. Chociaż miałem stracić to robiłem odwrotnie, żeby tylko zrobić na przekór. Po prostu byłem głupi i miałem złe wzorce. No, a druga sprawa, że ojciec był cholerykiem, darł ryja i często robił awantury z "dupy". Ale wracając do tematu, jak ojciec nagle zaczął być normalny i zaczęliśmy się dogadywać (a już miałem wtedy prawie 40 lat) to okazało się, że ma raka nieuleczalnego (rak pierwotny wątroby zdaje się, rozlany na obu płatach) i zawinął się w rok od diagnozy (eksperymentalna chemia mu bardzo w tym pomogła). I jak się z typem znałem przez 40 lat tak przez rok może rozmawialiśmy normalnie. Umarł w moje urodziny, 9 kwietnia. Chyba mi na złość, żebym nigdy nie zapomniał. Teraz jak patrzę na to wszystko z perspektywy czasu to wciąż łzy mi napływają do oczu. I mam żal do ojca i do siebie tak samo. Stracony czas, a mogło być inaczej.
Edit. Miałem ojca, ale nigdy nie miałem Taty. Niestety.