Zacząłem od wykopania gigantycznego dołu, głębokiego na kilkadziesiąt metrów. Beton – tonami go wylewałem, warstwa po warstwie. Ściany musiały być grube, żeby wytrzymały nie tylko wybuch atomowy, ale i próbę czasu. Każdy zakamarek wypełniałem mieszanką, której recepturę trzymano w tajemnicy. Nie chciałem ryzykować niedoskonałości.
Największym wyzwaniem okazały się schody. Było ich mnóstwo, prowadziły na różne poziomy krypty, każdy z nich zaprojektowany z myślą o konkretnym celu – mieszkania, magazyny, generatory. Kiedy schodziłem tymi korytarzami w dół, czułem się jak w labiryncie. Kroki odbijały się echem od zimnych, betonowych ścian, jakby przypominając, że z tego miejsca nie ma łatwej drogi ucieczki.
Kiedy stanąłem na dnie, otoczony tymi przytłaczającymi konstrukcjami, poczułem, że to miejsce przetrwa wszystko. Pytanie tylko, czy ja również?