@jmuhha kasy. Przede wszystkim. W moim rejonie tylko jedna placówka zapewnia karmienie, jakiego potrzebowała moja mama. Udało mi się rozmawiać ze specjalistą z tej placówki. On wprost powiedział że nie ma roku żeby nie byli pod kreską, a fundusz niechętnie później dopłaca.
Rozmawiałem też z innymi specjalistami w skali naszego kraju, poruszyliśmy masę kontaktów. Nic z tego, że gość wyda opinie (chociaż też to jest ważne że ktoś kompetentny pochyli się nad danym przypadkiem), skoro takie leczenie jest nie do sfinansowania prywatnie, a placówki nie mają budżetu żeby obsługiwać kolejnych pacjentów, nawet nie u siebie, tylko w ogóle. Opieka domowa? Zapomnij. I to nawet nie chodzi o to że trzeba by samemu zapłacić, nie ma wykwalifikowanego personelu. Szczęście (ale takie przez łzy) że udało się przeprowadzić szkolenie dla siostry. Przy czym mama była jakiś czas w hospicjum, i mimo tego że było daleko to złego słowa nie powiem, złoci ludzie. Ale nie oszukujmy się, takie miejsca to często umieralnie i nie jest to najprzyjemniejsza perspektywa na ostatnie miesiące życia.
Jest jeszcze kwestia samej organizacji służby zdrowia. Gdyby nie to, że mama była już w pewnym szpitalu i dyrekcja zgodziła się ją przyjąć w wyjątkowym trybie, to odbijałaby się od SORu gdzie była kierowana, a gdzie rozkładali ręce nad pacjentem onkologicznym. W teorii nie do przeskoczenia. Nie wiem jak samotna osoba mogłaby sobie w takiej sytuacji dać radę. No i oczywiście w szpitalu będą cię trzymać tylko przez leczenie, jak jesteś w stanie paliatywnym to muszą zwolnić miejsce...
Także kasa, procedury, brak kompetentych ludzi. Ja się w sumie nie dziwię, chyba też bym wyjechał zamiast tutaj użerać się z systemem. No i zostają, jacy zostają. Mama miała przez 5 lat niby badania kontrolne. Niby nic się nie działo, niby pierwotny rak wycięty. Chuja tam, jak w końcu już mama nie mogła wytrzymać, to się okazało że ma rozsiew w całej komorze brzusznej. Nikt wcześniej się nie przyjrzał, nikt nic nie zasygnalizował. Badania nie trafiły do kompetentnej osoby. Ale znowu, jakbym był młodym, ambitnym i kumatym gościem, to nawet mając to coś że chcę pomagać ludziom, nie wybrałbym tej ścieżki kariery, żeby potem tyrać po naście godzin za relatywnie niewielkie pieniądze (niby niezłe jako specjalista, ale w innych zawodach też można zarobić a nerwy jednak mniej zszargane), na sprzęcie który dawno resurs ma za sobą, użerając się jeszcze ze zjebanymi procedurami i papierkową robotą. No i jest jak jest...