Jak odebrałam prawko to jeździłam Fiestą dziadka z 94 roku - czerwona, najszybsza na światłach. Bez wspomagania i co chwilę się psuła. Dodatkowo musiałam wyjmować akumulator bo coś było z elektroniką i nawet po wymianie na nowy, po kilkugodzinnym postoju był rozładowany praktycznie do zera.


Dziadek miał pretensje, że co ode mnie odbiera to auto ciągle się psuje..


Był to mocno niedoinwestowany klekot, ciągle jeździłam nim na serwis (co dla studentki było dość obciążające finansowo). Usterka z elektroniką nie została wyeliminowana - grubsza sprawa, na którą nie miałam finansów, więc musiałam przyjąć na klatę niedogodność w postaci każdorazowego wyjmowania akumulatora.


Hitem był magik dziadka - mechanik grubo po 60-tce, co go oddawałam do swojego serwisu to mówili, że ma świece nie od tego modelu i w ogóle wszystkie różne. Więc wymieniałam na nowo, takie, jak być powinny i tak w kółko co około 1,5 miesiąca. Zwróciłam uwagę dziadkowi, że magik może nie być najlepszym specjalistą bo ciągle wymienia świece na nieprawidłowe. Ale moje uwagi zostały zignorowane. W każdym razie męczyłam się tak z klekotkiem kilka m-cy dopóki nie zaczęłam jeździć swoim autem.


Ale kichani, historia z magikiem tutaj się nie kończy. Ciotka pewnego razu wzięła go (razem ze mną i @niebylem) na oględziny Fiata 500, po grubych modyfikacjach "Abarth-wish-to-have".


No dla nas auto mocno podejrzane, ale był na miejscu też magik, który przecież na samochodach zjadł zęby.


No i magik chodzi wokół auta, sprawdza lakier (totalnie na czuja, bo nie miał żadnego miernika), odpala silnik i nasłuchuje. Nasłuchuje, coś tam się schyla, słucha i nagle mówi:


- No, ale świece to trzeba będzie wymienić.


xddddd


Ostatecznie ciotka auto kupiła, jeździła nim kilka lat, co dołożyła do niego to jej i sprzedała dalej w świat.


#motoryzacja #swiece #hejtoopowiesci

Komentarze (21)

@Kari28 miałem kiedyś takiego magika, co przyjeżdżałem z którymś z aut to mówi sprzedaj to bo to złom, i kiedyś mu powiedziałem że ma rację, sprzedam, a on a za ile bo by kupił

@Kari28 pierwsze auto, którym jeździłem po zdaniu prawka, to Tico ojca Na każdym skrzyżowaniu ruszałem pierwszy, ale brak wspomagania to było coś okropnego.

@Felonious_Gru @BajerOp uczyłem się jeździć na nowej Toyocie Yaris. Po przesiadce z takiego samochodu na Tico była zauważalna różnica na minus i zderzenie z rzeczywistością. W moim Tico bynajmniej nie kręciło się jedną ręką

@NooT może próbowałeś kręcić stojąc w miejscu. Ja uczyłem się na corsie, zdawałem na yarisie,a jeździłem tico.

Tico, potem punto ii, oba nie miały wspomagania, w obu nie było to problemem. A, jeszcze było Seicento van, tam też to nie było problemem. W przeciwieństwie do siedzenia w środku xd

Problemem było jak wysiadało wspomaganie w aucie, które je miało xD

@BajerOp jak na zlocie ludzie wsiadali do mojego punciaka to jęczeli że to się tak nie da żyć. Tak, kręcili kierownicą stojąc w miejscu.

Swoją drogą później miałem stilo i deltę, oba z elektrycznym wspomaganiem i trybem city. I dopiero ten tryb city to jest game changer, kręcisz se jak w wózku widłowym

@Felonious_Gru aż dziwne, że nigdzie indziej tego nie wprowadzili, miałem w życiu 3 fiaty z tym trybem i to było zajebiste. Generalnie jestem fiatofilem xD

@Kari28 moje pierwsze auto to był dwudziestoletni Peugeot 206. Ależ to był potwór. Jeździło się nim jak gokartem. Gasł na niskich obrotach (dopóki przepustnicy nie wyczyściłem) więc się nauczyłem hamować lewą nogą i gazować, żeby mi na światłach nie gasł. Wspaniałe to było auto, nie zapomnę go nigdy.

Jak go sprzedałem, to ktoś za⁎⁎⁎ał tablice, przyczepił do innego auta i obrobił kilka mieszkań. Musiałem na przesłuchanie na bagiety pójść i opowiedzieć historię sprzedaży xD

@Kari28 ja mam taki magiczny przedmiot co otwiera magicznie usta wszystkim handlarzom. Nazywa się tablet diagnostyczny. Nawet nie trzeba podłączać większość od razu zaczyna gadać co poprawiali. Nie wyglądam na mechanika, bo nim nie jestem. Umiem tylko dłubać w elektryce samochodowej.

Heh k⁎⁎wa Fiesta... Prawko zdałem w 2004, rok później, po powrocie z zagranicy, zakupiłem swoje pierwsze auto - niezniszczalną, bordową fiestę 1,8 diesel. Cóż to był za wóz, sentyment na zawsze... Dobre 10 lat to ujeżdżałem, pod koniec traktując jak terenówkę. Nawet dachowanie w tym przeżyłem i dalej jeździłem jakby nigdy nic, zaprawki na pogiętych bądź zardzewiałych elementach robiąc sprayem "mniej więcej pod kolor". Ostatnie 3 lata nie miała już poduszek ani pod skrzynią, ani pod silnikiem, więc chodziła i brzmiała jak j⁎⁎⁎ny czołg, ale i tak ją kochałem. Ehhh, ale nostalgię mi odpaliłaś...

Zaloguj się aby komentować