@Skipper1231 obawiam się, że nie mam ani motywacji ani dyscypliny. Po raz pierwszy w życiu nie spinam się ani nie nakręcam na rezultat. Nie mam też terminu typu "muszę schudnąc 20 kilo do lata". Totalna wyjebka, po prostu robię swoje. Szkodliwe nawyki staram się przekuć w zalety zamiast je zwalczać. Np. nie wytrzymałbym z codziennym wpisywaniem wszystkiego więc dietę trzymam przez 6 dni, w niedziele jadam do syta. Dietetycy by sie zesrali ale trudno.
Jedyne założenie diety to 120g białka dziennie. Reszta jeden ciul - węgle, tłuszcze, indeksy glikemiczne - nie przejmuję się tym póki trzymam się w limicie kalorii. Jem co lubię, szczególnie, że nie żyje sam i gotuję codziennie dla rodziny. Limit kaloryczny ustalony dla osoby z 0 aktywności. Fitatu połączone ze stravą, jeśli chcę się najeść do syta to muszę ruszyć dupę na siłownię albo rower i podbić limit kcal. Tak samo ilość/częstotliwość / regularność posiłków. Pomijam śniadanie, czasem nawet lunch, jem kiedy mi odpowiada. Wczoraj np. zjadlem 2700kcal o 21.00 i to był mój jedyny posiłek.
Zawsze jak się odchudzałem to odpuszczałem szybko jeśli ponosiłem porażkę i nie widzialem efektów. Teraz staram się mieć na to wywalone, przytyję w przyszłym tygodniu kilogram to trudno, będę jechał dalej w poczuciu że jestem chujowy. Trudno to wytłumaczyć, ale włączam sobie tryb pogodzenia się z losem. Trzeba wlec ten krzyż dalej więc wlekę.
Żeby jednak trochę się uspokoić przy porażkach kupiłem sobie super duper wagę z elektrodami pod stopy i do dłoni - uspokaja mnie jeśli chodzi o wahania wagi bo widzę, ze mimo że np przytyłem 0,2kg to jest to woda a w tym czasie straciłem 0,3kg tłuszczu. Super jest wiedzieć co się dzieje w środku.
Poza tym spanko, mało jedzenia syfu na mieście, alkohol prawie, że out i chyba to tyle.