Pomijając pracę z psychologiem nt niskiej samooceny, to tak jak było już mówione - komplementy i czas.
Żeby docenić przyjaciół staram się dla nich być, czy fizycznie, czy słowem w internecie. Jeśli dużo razy mi nie pasuje, staram się też wyjść z inicjatywą, przyjaźń nigdy nie jest jednostronna.
Dużo afer z przyjaciółmi już przepracowałam i wiemy, na co możemy sobie pozwolić. W sensie czasem chcę pomóc, ale nie mam czasu, informuje, że jestem w pracy, oddzwonie jak tylko będę mogła i nikt nie ma o to pretensji. Ot, proza życia.
Też bardzo ważną rzeczą w docenianiu ich jest pamięć o nich, gdy ich nie ma.
Gdy jestem na wycieczce sama, czy z innymi znajomi, ale widzę coś, co kojarzy mi się z przyjacielem X, to robię zdjęcie i mu potem pokazuje "ej, pomyślałam o tb" "ale by ci się to spodobało"
Żyją za darmo w mojej głowie i za nic w świecie bym ich nie skasowała.
Docenianie siebie wyszło w dużej mierze właśnie z tych relacji, bo jak ja im, tak oni mi. Mówimy sobie miłe rzeczy, kiedy czuję się brzydko, oni mi nie mówią kocopołów, tylko pozwalają mi czuć się brzydko, ale ze świadomością, że to przejdzie. Bo negatywne emocje też trzeba umieć dzielić.
Teraz wygląda to kolorowo, ale to były lata dociskania się i poznawania. Teraz jesteśmy jak łyse konie ze sobą i wiem, że mogę na nich liczyć.