
"Zawsze będę go pamiętała przez te jego pierdzące dłonie" - wspominała Maureen McGovern, która w "Czy leci z nami pilot?" grała zakonnicę.
Nie chodziło jej tyle o dłonie Lesliego Nielsena, co o kieszonkowy instrument, pierdzącą zabawkę, który zabierał z sobą niemal wszędzie: na plany zdjęciowe, imprezy, wywiady i do telewizyjnych talk-show, np. do Davida Lettermana i Conana O’Briena. Mówił, że to „najlepszy sposób, by dowiedzieć się, czy jakaś kobieta ma się ku tobie".
Bawiło go to do tego stopnia, że w jednym z wywiadów mówił, iż na nagrobnym epitafium umieści pewnie jakiś żart o pierdzeniu. A przecież było tyle innych rzeczy, za które Lesliego Nielsena pamiętamy do dziś.
Leslie Nielsen, urwis w ciele seniora
Gdy teraz ktoś zauważy jego twarz w telewizji, raczej się uśmiechnie. Leslie Nielsen kilku pokoleniom kojarzy się przecież z tym przezabawnym facetem z durnych komedii, od których nie dało się oderwać, ilekroć wpadło się na nie, skacząc po kanałach. Człowieka, który przez całe życie wyglądał na pięćdziesięciolatka z siwizną kogoś znacznie starszego i poczuciem humoru, którego pozazdrościłby mu każdy dwunastolatek.
W jego twarzy było coś kojącego i hipnotyzującego, nie dało się jej nie zapamiętać. A że te najlepsze komedie z jego udziałem w telewizji latały tysiące razy, stał się dla nas kimś zawsze obecnym, na stałe wdrukowanym w podświadomość. Do tego stopnia, że gdyby zapytać kogoś na ulicy "co dziś robi Leslie Nielsen?", pewnie niewiele osób pamiętałoby, że nie żyje już od kilkunastu lat. Bo przecież jest nieśmiertelny.
Dla mnie zawsze będzie lekarzem z "Czy leci z nami pilot?" i porucznikiem Frankiem Drebinem z "Nagiej broni" i serialu "Police Squad". Dla innych choćby Draculą, prezydentem ze "Strasznego filmu 3" lub innym komediowym bohaterem. W końcu kojarzy się nam wyłącznie ze śmiechem.
Sam zresztą kochał humor toaletowy. A czy ktoś pamięta dziś, że przez większość kariery był ekranowym amantem?
Z Saskatchewan do Hollywood
Leslie Nielsen urodził się 11 lutego 1926 r. w Reginie, stolicy Saskatchewan. O tej kanadyjskiej prowincji mówi się, że jest tak płaska, że, by zobaczyć jego koniec, wystarczy stanąć na puszce fasoli, albo że dzięki majestatycznemu krajobrazowi pustki przez tydzień można obserwować uciekającego psa.
Matka Lesliego, Mabel Elizabeth z domu Davies, do Kanady przyjechała z Walii. Ojciec, Ingvard Eversen Nielsen, urodził się w Danii. Gdy Leslie był jeszcze chłopcem, rodzina przeniosła się do Fort Norman (dziś Tulita) w mroźnych Terytoriach Północno-Zachodnich. Jego ojciec służył tam jako konstabl w Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej, ale sam klimat okolicy nie służył już nikomu. Podobnie jak wybuchowy temperament Ingvarda, który bił synów i żonę.
W 1930 r., gdy starszy o dwa lata brat Lesliego, Erik (późniejszy kanadyjski parlamentarzysta i wiceminister) musiał iść do szkoły, rodzina przeniosła się do cieplejszego Edmonton.
Reszta potoczyła się szybko. Nielsen skończył szkołę, a w 1943 r. – jako 17-latek – zaciągnął się do kanadyjskiego lotnictwa. Już wtedy zdiagnozowano u niego postępujący niedosłuch. Nielsen przez większość życia zmagał się z chorobą, a u szczytu kariery musiał nosić aparaty słuchowe. Słaby słuch paradoksalnie pomogły mu w graniu komedii, ale o tym za chwilę.
Nielsen nie brał udziału w walkach. Po wojnie podjął dorywczą pracę jako didżej radiowy w Calgary. Niedługo później zapisał się do radioakademii w Toronto. To tam na poważnie wziął się za aktorstwo i szybko dostał stypendium nowojorskiej szkoły aktorskiej Neighborhood Playhouse, a edukację kontynuował potem w słynnym Actors Studio.
Rycerz, kowboj i kapitan
Debiut zaliczył u słynnego Michaela Curtiza, reżysera „Casablanki". Niestety kostiumowy musical „The Vagabond King" nie zbliżył się do jej poziomu. Znacznie więcej pograł sobie w „Okupie" Alexa Segala.
Najlepszym i najgłośniejszym z pierwszych filmów aktora była jednak nominowana do Oscara „Zakazana planeta" z 1956 r. – pierwszy film z wyłącznie elektroniczną ścieżką dźwiękową. Nielsen wcielił się tam w komandora Johna J. Adamsa, dzielnego i charyzmatycznego dowódcę statku, który rozkochuje w sobie córkę tajemniczego naukowca.
„Zakazana planeta" była prawdziwym hitem, po którym Nielsen zagrał też z Debbie Reynolds w komedii romantycznej „Panna Tammy i kawaler", a krytycy już wprost określali go mianem ekranowego amanta.
Dwie kolejne dekady, od 1960 do 1980 r., były spokojniejszym etapem jego kariery. Na brak pracy nie narzekał, ale były to role drugoplanowe. Był też częstym gościem specjalnym popularnych seriali. Wystąpił m.in. w „Bonanzie", „Rawhide" z Clintem Eastwoodem, „M*A*S*H-u", „Columbo" i „Kojaku".
Kojarzył się ze szczerym, pewnym siebie i do bólu poważnym facetem w sile wieku. Takich grał zresztą najczęściej. Na uwagę zasługują role dwóch filmach katastroficznych: mniej udanym „Mieście w ogniu", gdzie wcielił się w skorumpowanego burmistrza oraz w „Tragedii «Posejdona»" (1972) z Genem Hackmanem. Tu zagrał kapitana tytułowego statku, który może i ginie na mostku w pierwszej części filmu, ale jego kreacja zapada w pamięć. Był tym aktorem, którego twarz każdy kojarzy, ale nikt nie pamięta jego nazwiska.
All that ZAZ...
Tymczasem tercet ZAZ – Jerry Zucker, Jim Abrahams i David Zucker – pracował nad filmem, który na zawsze zmieni oblicze komedii. Pewnego dnia trójka przyjaciół trafiła na film „Zero Hour!" z 1957 r. Pomyśleli, że to świetna baza pod parodię. Tak, w 1980 r., powstało "Czy leci z nami pilot?".
Wytwórnia sugerowała, by w filmie obsadzić komediowe gwiazdy, ale ZAZ zależało na aktorach dramatycznych, kimś, kto zachowa powagę, wypowiadając ich durne kwestie.
Gdy w morzu nazwisk padło to Lesliego Nielsena, reżyser castingu mocno się zirytował: „Leslie Nielsen?! Leslie Nielsen to gość, którego zatrudniasz dzień przed zdjęciami!" – krzyknął.
Ale Nielsen okazał się idealny w roli obecnego na pokładzie lekarza, dr. Rumacka, który co jakiś czas ze śmiertelną powagą informuje głównych bohaterów o pogarszającym się stanie pasażerów.
„Ten film kompletnie zmienił jego karierę. Dotąd uosabiał wielkiego [miał 188 cm], statecznego amanta. Ale prywatnie był najzabawniejszym skurczybykiem, jakiego spotkałem" – mówił David Leisure, który w filmie wcielał się w jednego z krysznowców.
Frank Drebin, Wydział Specjalny
Nielsen uwielbiał żartować, a Zuckerowie i Abrahams go za to pokochali. Powtarzali zresztą, że kluczem do udanej komedii, jest robienie jej na poważnie. A Nielsen ze swoją posągową twarzą i niezachwianym skupieniem robił to, jak nikt inny. Na tę powagę składała się zresztą jego wada słuchu. Gdy nauczył się kwestii na pamięć, mógł odciąć się od otoczenia i bardziej skupić się grze.
Jakiś czas po „Czy leci z nami pilot?" ZAZ zaprosili go do współpracy w serialu „Police Squad!" – pierwowzorze późniejszej serii filmów „Naga broń". To tam stworzył niezapomnianą kreację porucznika policji Franka Drebina.
Gdy ZAZ i Nielsen wchodzili na plan, studio wróżyło, że będzie to najlepszy komediowy serial w dziejach. Ale ku zaskoczeniu wszystkich, oglądalność spadała. Po zaledwie sześciu odcinkach produkcję zdjęto z anteny.
Ówczesny szef stacji, Anthony Thomopoulos, mówił, że „serial nie działał, ponieważ trzeba było go oglądać". Jak wspomina Nielsen, te słowa miały wielki sens – by żarty ZAZ działały, trzeba było stale skupiać się na tym, co się dzieje na ekranie, a nie patrzeć w telewizor jednym okiem. Stąd pomysł, by serial przerobić na film.
„Naga broń: Z akt Wydziału Specjalnego" powstała w 1988 r. i z miejsca stała się kolejnym hitem kwartetu ZAZ + Nielsen. Ludzie przepychali się w kolejkach do kina. Krytyk filmowy Roger Ebert stwierdził, że pisanie o „Nagiej broni" jest jak sprawozdanie z monologu stand-upera Rodneya Dangerfielda: „Możesz oddać słowa, ale nie ich melodię".
„Śmiejesz się, a potem śmiejesz się z siebie, że się zaśmiałeś. Niektóre żarty są wręcz niewiarygodnie głupie. Większość, głupsze niż głupie" – pisał w recenzji filmu, który ocenił na wysokie trzy i pół gwiazdki na cztery.
Król jest nagi?
Jednak sukces nie trwał wiecznie. Druga część, zręcznie zatytułowana „Naga Broń 2 1/2" z 1991 r., była udaną kontynuacją, ale nie przebiła jedynki. Z kolei przy „Nagiej broni 33 1/3" (1994) tercet twórców niemal się rozsypał. Scenariusz pisał sam David Zucker, a w reżyserskim fotelu zastąpił go znacznie mniej zdolny Peter Segal. Abrahams zajęty był pisaniem i reżyserowaniem dwóch części „Hot Shots!" z Charliem Sheenem, a Jerry Zucker niemal całkiem wycofał się z pracy przy filmach.
Tymczasem Nielsen musiał zmagać się z łatką króla komedii. Bo choć był nim bez wątpienia, mało kto potrafił to wykorzystać.
Po trzeciej „Nagiej broni" przyszły trzy fatalne komedie z rzędu. Potem Nielsen dostał angaż u Mela Brooksa w filmie „Dracula - wampiry bez zębów", gdzie wciela się w tytułowego wampira. I choć daleko „Draculi…" do najlepszych filmów Brooksa, to Nielsen wypadł tam nieźle. Z jednym, poważnym zastrzeżeniem: Brooks kazał mu być śmiesznym.
Tak zmarnowano jego geniusz, oparty na wstrzemięźliwości i powadze. W przeciągu kilku lat jego twarz tak mocno skojarzyła się ludziom się z „tym śmiesznym gościem z filmów", że kolejni reżyserzy chcieli, by wygłupiał się przed kamerą.
„Szklanką po łapkach" (1996), „Pan Magoo" (1997), „Dzieciaki do wzięcia" (1998) były kolejnymi wtopami. Nieco lepszy był „Ściągany" (1998) współscenarzysty „Nagich Broni" Pata Profta, ale tam z kolei Nielsen wydurniał się przed kamerą tak bardzo, że był to już zupełnie inny typ humoru niż ten z komedii ZAZ.
Koniec żartów
W roku 2000. była jeszcze fatalna „2001: Odyseja komiczna", a potem kilka innych wtop. Wówczas wszyscy chcieli robić parodie – był to najpopularniejszy rodzaj komedii. Wszystkie durne, pełne absurdalnych gagów próbujących imitować to, co Zuckerom i Abrahamsowi tak doskonale wyszło w „Czy leci z nami pilot?", wybitnym „Ściśle tajne" i pierwszej „Nagiej Broni".
W tym gąszczu tandety pozytywnie wyróżniała się seria "Straszny film". Przy trzeciej części do grona twórców dołączył David Zucker, który film wyreżyserował. Zaprosił Lesliego Nielsena, który wcielił się w prezydenta USA stawiającego czoła inwazji kosmitów.
Była to jedna z jego najlepszych ról po „Nagiej broni 3". Na tyle udana, że w 2006 r. powrócił w czwartej części serii. Tę ponownie wyreżyserował Zucker, a przy scenariuszu pomagał też Jim Abrahams – była to ostatnia współpraca członków ZAZ, a także ostatni film, przy którym Abrahams pracował do śmierci w listopadzie 2024 r.
Była to też ostatnia przyzwoita rola Nielsena, który pozostawał aktywny zawodowo aż do swojej śmierci 28 listopada 2010 r. Miał wówczas 84 lata. Pokonało go zapalenie płuc. Do dziś pozostaje jednym z największych komików w historii, choć tak naprawdę zagrał tylko w kilku naprawdę udanych. To jednak wystarczyło, by jego styl naśladować chcieli wszyscy.
Słowa o swoim kloacznym epitafium dotrzymał. Znajduje się na nim napis „Let ’er rip!", co tłumaczyć można zarówno jako „daj czadu!" i… daj czadu.
#kultura #leslienielsen