Ruski pułkownik Szuwałow, cytowany przez Moscow Calling. (W nawiasach moje uwagi).
Wszyscy dużo mówią o stratach, ale rozumieją je, o czym jestem coraz bardziej przekonany, mało.
Pierwszą rzeczą do zrozumienia jest to, że nikt tak naprawdę nie zna dokładnych strat. Nadal możesz jakoś obliczyć swoje straty, ale nie w tej chwili! Ale straty przeciwnika? To nonsens.
Druga sprawa. Najpoważniejsze straty naszej armii były na samym początku SWO. Głównym powodem była fatalna polityczna pomyłka, ponieważ nie spodziewano się oporu. Przed naszym "aktem dobrej woli" (wycofanie się kacapii z regionu Kijowa, Sum i Czernihowa) straty wahały się na poziomie tysiąca osób dziennie, niewskazane było utrzymywanie tego kierunku w takich warunkach. Na przykład Wagner miał największe straty właśnie w Artemowsku (w Bachmucie, kacapie zasrany) i dochodziły one do 500 osób dziennie. Ale Artemowsk (Bachmut, kacapie zasrany) jest małym ośrodkiem regionalnym, a na początku SWO nasze wojska były pod Sumami, w okolicach Kijowa, w pobliżu Nikołajewa, niedaleko Charkowa i w wielu innych miejscach. Więc utrata nawet tysiąca osób dziennie nie wygląda tak krytycznie.
Trzecie. Wszyscy myślą, że straty są wtedy, gdy wróg zabija. Zawsze jest jakiś procent strat niezwiązanych z walką: tam samochód przewrócił się w marszu z ludźmi, tam żołnierz przypadkowo wysadził granat. Zupełnie inną kwestią jest to, że przy rekrutacji zbrodniarzy i mobilizowanych oraz w warunkach bałaganu w wojsku nasze straty pozabojowe podskoczyły do nieprzyzwoitych wartości. Cóż, tutaj również wiele zależy od sytuacji bojowej: gdy tylko zaczną się ciężkie bitwy, odsetek strat bojowych wzrasta. Tymczasem, mimo promowanej przez wroga kontrofensywy, w naszym kraju wciąż dominują straty pozabojowe. I to nie znaczy, że na polu bitwy wszystko jest takie dobre, tylko zmęczenie moralne, niski poziom dowodzenia i gorzała z narkotykami robią straszne rzeczy.
Czwarte. Znam dokładne liczby strat na wielu kierunkach i ogólnie przybliżone straty. Ale jestem przeciwny publicznemu ogłaszaniu takich liczb. Powiem tylko, że nie mamy 200 tysięcy zabitych, bo wróg tak mówi. Przynajmniej oficjalne struktury nie mają jeszcze takich strat, ale liczba ta nie jest „nieosiągalna”. Straty DRL i ŁRL zaliczane na osobne konto, nie bierzemy ich pod uwagę (bo chaosu danych nie da się przeanalizować).
Piąty. straty sanitarne. Należy je również przypisać niekombatantom, a są one nieszczęściem naszej armii. Z medycyną polową wszystko jest bardzo źle i jest coraz gorzej. Dostać się do szpitala wojskowego w Doniecku lub Ługańsku - Boże chroń. Osobno chciałbym zwrócić uwagę na dodatkowe wynagrodzenie dla lekarzy za złożoność operacji i strach przed złymi statystykami. Dlatego lekarzowi łatwiej jest amputować nogę niż męczyć się z jej leczeniem i narażać się na gangrenę. I dużo tną, często - wcale niepotrzebnie. Ewakuacja rannych, zaopatrzenie szpitali frontowych, a w końcu elementarna (nie)umiejętność zmobilizowanych do udzielania pierwszej pomocy - tutaj mamy niekończące się źródło strat.
Jeśli nie weźmie się pod uwagę całości wszystkich tych czynników, nawet skorygowanych o konkretne przypadki, lepiej nawet nie mówić o stratach.
=========
Czyli co, rassyja nie ma 200 tys zabitych, bo nie liczą separatystów. Jest to jakiś sposób....
#ukraina #wojna #rosja