Powrót do stada. O tradycji wspólnoty w czasach kolektywnego lęku
hejto.plNapisałem esej do Kwartalnika Pro Libris. Zobaczymy co oni na to powiedzą. Jego treść przeklejam tutaj do poczytania:
Powrót do stada. O tradycji wspólnoty w czasach kolektywnego lęku
DexterFromLab
Długo o tym myślałem. Nie przy biurku, nie z książką w ręku – raczej w tych momentach, kiedy człowiek zostaje sam ze sobą i nie ma już dokąd uciec. Myślałem o strachu. O tym, jak nas kształtuje, jak nami kieruje, jak żyje w nas latami – czasem tak cicho, że zapominamy o jego obecności. A przecież on jest. Pod skórą, w żołądku, w decyzjach, które podejmujemy albo których unikamy.
Myślę o tym, bo sam dużo cierpiałem. Przeszedłem przez kryzys, śmierć w rodzinie, wypalenie zawodowe. Doświadczyłem wielu rzeczy, których nikomu nie życzę. Ale w najtrudniejszych momentach stało się coś, czego się nie spodziewałem – system, który wydawał mi się obcy i obojętny, przyszedł mi z pomocą. Przyszli przyjaciele. Przyszli lekarze. Ludzie, od których nigdy nie oczekiwałem wyciągniętej ręki, a jednak ją dostałem. I to doświadczenie – że w ciemności ktoś zapala światło – zmieniło mój sposób myślenia. Moja świadomość urosła dzięki temu, co mnie bolało. I chciałem się tym podzielić.
Współczesna kultura podpowiada nam, że strach to błąd w oprogramowaniu. Że wystarczy zmienić nastawienie, pomedytować, wziąć tabletkę. I owszem – jeśli strach jest irracjonalny, jeśli to leczenie głowy, która produkuje fantomy – można nad tym pracować. Ale co, jeśli strach jest realny? Jeśli płynie z pustego konta, z długów, z poczucia, że grunt się usuwa? Wtedy afirmacja staje się kłamstwem, a tabletka – tylko znieczuleniem. Jak zaklejanie kontrolki „brak paliwa” nakłejką z uśmiechem. Samochód i tak stanie.
Prawdziwy problem jest prawdziwym problemem. I żadna technika oddechowa go nie rozwiąże. Trzeba włożyć wysiłek – ale wysiłek ukierunkowany. Tu pojawia się coś, o czym rzadko się mówi: ekonomia wysiłku. Ludzie sparaliżowani lękiem często wykonują mnóstwo chaotycznych ruchów, które dają złudzenie działania, ale niczego nie zmieniają. Prawdziwa praca polega na tym, żeby precyzyjnie pokierować swoją energią – tak, aby na końcu tej drogi znaleźć się w lepszym miejscu. Spłacić długi. Podnieść kwalifikacje. Obniżyć koszty. Każda droga, która realnie poprawia sytuację, jest dobra.
Ale jest też inna droga – ta, którą od wieków wskazują buddyjscy mistrzowie. Droga radykalnego obniżenia oczekiwań. Zrozumienie, że cierpienie rodzi się z pragnienia, i że odrzucenie wyśrubowanych ambicji daje ulgę natychmiastową – choć wcale nie łatwą. To również wymaga wysiłku, tyle że innego: pracy nad własnym ego, nad reakcją emocjonalną na trudności, nad zdolnością do akceptacji tego, co jest.
Każdy z nas może przejść tę drogę sam. Można osiągnąć wewnętrzny spokój w samotności – zbudować finansową twierdzę albo odpuścić ambicje i odnaleźć wolność w prostocie. Ale jest pewien problem: człowiek, który przeżywa lęk, nigdy nie jest naprawdę wolny. Nie żyje w pełni. Jest zakładnikiem przetrwania – i nawet jeśli osobiście znajdzie sposób, żeby ten lęk okiełznać, to wokół niego miliony ludzi wciąż żyją w jego cieniu. I to ma znaczenie. Bo nie żyjemy w próżni.
Ewolucyjnie człowiek poza stadem był skazany na śmierć. Samotność nie jest wyborem estetycznym – nasz organizm odbiera ją jak zagrożenie życia, niemal jak ból fizyczny. Myślimy, że największą walutą są pieniądze. Ale pieniądze to tylko kulturowy wytwór, narost na tkance społecznej, którą zbudowaliśmy. Prawdziwą walutą – jedyną odporną na inflację, na kryzysy, na każde załamanie systemu – są relacje. Uwaga drugiego człowieka, jego czas, jego troska. To jedyny zasób, którego nie da się dodrukować.
Kiedy myślimy głębiej o tym, po co tak naprawdę pracujemy, po co dążymy do awansów i społecznego uznania, dochodzimy do prostego wniosku: robimy to, żeby nasza relacja z innymi była lepsza. żeby nas widziano, żeby nas szanowano, żebyśmy mieli swoje miejsce w stadzie. To mechanizm tak stary jak nasz gatunek. I nie ma w nim nic wstydliwego – tak jesteśmy zbudowani.
System, w którym żyjemy – ekonomiczny, społeczny, polityczny – nie wziął się z nikąd. To nie jest potwór, który na nas poluje. To nasze wspólne dzieło, stworzone po to, abyśmy mogli sobie wzajemnie pomagać i chronić się nawzajem. Zdrowe społeczeństwa tworzą zdrowe systemy. Zdrowe systemy wzmacniają społeczeństwa. Jeśli dziś system wydaje się chory – jeśli oparty jest na lęku, na wyścigu, na izolacji – to dlatego, że my jesteśmy chorzy. A jeśli uzdrowimy siebie, uzdrawiamy też system.
Naszym największym systemowym problemem są właśnie lęki. Ludzie pracują z lęku, kupują z lęku, głosują z lęku. Lęk odbiera radość z życia i pcha ku uzależnieniom – alkoholizmowi, eskapizmowi, kompulsywnemu scrollowaniu ekranów. Ale to są objawy, nie przyczyna. Przyczyną jest cierpienie, które ludzie przeżywają – i samotność, w której to cierpienie muszą udźwigać.
I właśnie dlatego działanie kolektywne ma tak fundamentalne znaczenie. Nie chodzi o to, żebyśmy zrezygnowali z siebie na rzecz grupy. Chodzi o to, żeby stworzyć warunki, w których każdy człowiek ma szansę opanować swój strach, swoje lęki, swoje cierpienie. Zdrowe społeczeństwo sprawia, że każdy z osobna jest silniejszy. W chorym społeczeństwie, opartym na izolacji, praca nad własnym spokojem to walka z wiatrakami.
Jako Polacy mamy w sobie coś, co trudno chyba nazwać inaczej niż tradycją sprawczości. Myślimy o tradycji jako o czymś dawnym – opowieściach pradziadów, obyczajach, świętach. Ale nasza najgłębsza tradycja to coś innego: to odruch pomagania, który aktywuje się zawsze wtedy, gdy jest najtrudniej.
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – to nasz kolektywny podpis. Coroczny, powtarzany od ponad trzech dekad dowód na to, że potrafimy zbudować system oparty na zaufaniu i empatii, działający równolegle do państwa, często skuteczniej niż państwo. To nie jest filantropia elit – to ruch milionów zwykłych ludzi, którzy raz w roku mówią: „jesteśmy za siebie odpowiedzialni”. I dotrzymują słowa.
A potem przyszedł luty 2022 roku. Kiedy za naszą granicą wybuchła wojna, kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, naszą odpowiedzią nie była panika. Zadziałał instynkt stada – ten sam, który chroni nas od tysięcy lat. Bez odgórnych instrukcji, bez czekania na zarządzenia, setki tysięcy ludzi otworzyło drzwi swoich domów, pojechało na dworce, zaczęło gotować, tłumaczyć, prowadzić za rękę. Nasza tradycja pomocy sąsiadowi w biedzie – ta sama, którą znali nasi dziadkowie – odsłoniła się w skali, która zaskoczyła świat. I zaskoczła nas samych.
To był moment, w którym kolektywne uzdrawianie przestało być teorią, a stało się faktem. W obliczu realnego zagrożenia nie zamknęliśmy się w domach z lęku – wyszliśmy z nich, żeby pomóc. Bo taka jest nasza tradycja. Wspólna walka ze wspólnym zagrożeniem. Pchanie tego wózka razem, nawet gdy jest najtrudniej.
Większość ludzi jest empatyczna i pomocna. Widzimy to w tych wielkich momentach – ale też w codzienności, w drobnych gestach, które nigdy nie trafiają do wiadomości. Mamy swoje choroby – jako osoby i jako społeczeństwo. Mamy lęki, uzależnienia, rany, które się nie goją. Ale mamy też w sobie siłę, żeby je przezwyciężyć. I zrobimy to. Nie dlatego, że jesteśmy chorzy i słabi. Dlatego, że razem jesteśmy silni i właśnie zdrowiejemy.
Powrót do stada to nie regres. To powrót do jedynej tradycji, która kiedykolwiek nas uratowała. I która uratuje nas ponownie.
#chwalesie #rozkminy
