Kuszą myśli i wodzą na pokuszenie otwarte CPNy. Wielkanoc i święta trwają w najlepsze, a wraz z nimi trwają nieodłączne elementy wielkanocy - podśmiechujki z chłopa, docinki, picie oraz towarzyszące mu obgadywanie ludzi ze wsi, pijackie humorki starego. Naprawdę nie wiem koledzy, nie wiem ile przetrwam we wstrzemięźliwości od alkoholu, czy przetrwam w niej, chociaż mały okres czasu, chociaż najbliższą godzinę i czy nie ulegnę dziś i nie napiję się. Stwierdzenie "nigdy nie lubiłem świąt" jest dużym uproszczeniem. Ja tych świąt od zawsze nienawidziłem i szczerze gardziłem. Czy to bożym narodzeniem, czy to wielkanocą, czy jeszcze innymi zakorzenionymi, pseudorodzinnymi świętami. Jak lubić coś, co od dziecka kojarzy Ci się z byciem wyśmiewanym, pijackimi awanturami ojca, kłótniami i dręczeniem psychicznym. No, poza tym odkąd pamiętam, to w święta towarzyszyły mi picie w samotności oraz płacz w poduszkę. Sam nie wiem, czy jest dalej sens walczyć, czy nie lepiej wrócić do picia, chlania non stop. I tak już nic nie mam do stracenia, skoro dla każdego jestem tylko zbędnym, ciężkim balastem i jarzmem. Nie wiem, czy nie lepiej porzucić dyscypline, nie mam na to siły. Poczytałem dziś, pobiegałem i zrobiłem trening, aczkolwiek czuję wewnętrznie, że robiłem to tylko po to, aby zrobić, odbębnić i odhaczyć przykry obowiązek nie było to robione z jakąkolwiek werwą, motywacją, czy jakimkolwiek zapałem.
#przegryw

