Kilka absurdów z mojego dawnego zatrudnienia.
Pierwszy post z tego uniwersum -> https://www.hejto.pl/wpis/ludzie-wypisuja-tu-rozne-mniej-lub-bardziej-ciekawe-historyjki-pracowe-to-i-ja-s
Moje zatrudnienie w KSP (Komendzie Stołecznej Policji) rozpocząłem jako kierowca i to na zastępstwo. Czyli byłem zatrudniony dopóki pracownik, którego zastępowałem nie wróci. Praca była w Wydziale Nieruchomości (obecnie to się chyba nazywa Wydział Administracyjno-Gospodarczy).
Potrzebowali mieć trzech kierowców do dwóch samochodów służbowych, które obsługiwały cały Wydział. Zadania to był głównie transport ludzi (pracowników WN), rzadziej dokumentów do placówek wszelakich w obrębie miasta stołecznego i tzw. obwarzanka, czyli wszystkich powiatów sąsiadujących z Warszawą (np. Łomianki, Legionowo, Piastów, Zielonka itd.).
Pierwszym absurdem z jakim się spotkałem, to okazało się, że muszę zdać specjalny test, żeby móc prowadzić pojazdy policji. No i ten specjalny test to się okazał normalnym i aktualnym testem na prawo jazdy jaki wtedy obowiązywał, tyle, że najpierw zdawało się teorięw siedzibie Wydziału Ruchu Drogowego KSP, a potem egzamin praktyczny na polonezie w okolicach tejże siedziby. Już wtedy polonezy przestawały być super popularne w Policji, bo był to już drugi, czy trzeci rok z rzędu jak Policja była powoli upgradowana o masowo kupowane pojazdy KIA. Jednak logika była taka, że jak z polonezem sobie poradzisz, to poradzisz sobie ze wszystkimi innym pojazdami w posiadaniu tejże służby.
No i niby miałem ciśnienie, żeby ten egzamin zdać, ale się okazało, że mam na to cały miesiąc, bo i tak jak zdam, to nie mogę jeździć pojazdami policji, bo nie jestem ubezpieczony. Za ubezpiecznie mam zapłacić ja, ale opłacić to można było tylko i wyłącznie ściągając kwotę ubezpieczenia z pensji. A pierwszą pensję otrzymać miałem po miesiącu pracy. Czysta logika.
Do egzaminu podszedłem w drugim tygodniu, bo musiałem sobie przypomnieć przede wszystkim teorię (prawko miałem "aż" 5 lat). Egzamin był w siedzibie drogówki na Karolkowej. Większość zdających to byli funkcjonariusze policji, ale też było kilku cywilów. I tutaj też zacząłem poznawać prozę życia i jak co niektórzy próbowali walczyć z systemem. Przysiadł się do mnie jakiś pan sympatyczny, a że była wtedy mała czasowa obsuwa, bo egzaminator miał się spóźnić, to zaczęliśmy sobie gadać. I od razu po usłyszeniu pytania "I co zamierzasz zdać?" mnie trochę zamurowało, no bo jak to tak, mogę sobie nie zdać? Przecież to wbrew rozkazom ... wróć ... wbrew poleceniom służbowym.
No i mnie kolega oświecił. Pracował jako technik - też cywil - i nie chcieli mu dać podwyżki, to stwierdził, że on swoim przełożonym ułatwiać życia nie będzie, bo jak oni nie chcą mu dać paru zlotych więcej, to on może egzamin wewnętrzny oblać i nie będzie już mógł sam jeździć do wszelkich wypadków i zdarzeń, i ktoś będzie musiał go tam transportować, albo będzie zmuszony jeździć komunikacją miejską. I następnym razem jak trzeba będzie zabezpieczyć ślady przy jakimś "skwarku" albo "zgniłku" to wszyscy będą musieli się uzbroić w cierpliwość. A jemu płacą i tak za godzin tyle samo bez względu na to, czy on je będzie spędzać w podróży, czy zabezpieczając miejsce zdarzenia.
Ponoć była to wtedy częsta metoda negocjacyjna, głównie mundurowych, bo takie egzaminy wewnętrzne były obowiązkowe, żeby mieć "wkładkę", czyli zaświadczenie o możliwości prowadzenia pojazdów policji. A "wkładka" w tamtym czasie była ważna przez dwa lata. I nagle jak Ci funkcjonariusz nie mógł prowadzić radiowozu, to sytuacja mogła się komplikować dla przełożonych przy wyznaczaniu choćby załóg patrolowych.
Egzamin udało mi się zdać za pierwszym podejściem choć zestresowany byłem potwornie. Był to także jeden jedyny raz w życiu, kiedy miałem okazję pojeździć polonezem, czyli perłą polskiej motoryzacji i do tego odpowiednio zużytym, bo znaczenie "samochód służbowy lepszy niż rajdowy" do pojazdów policyjnych odnosi się chyba bardziej.
#pracbaza #policja #heheszki
