Ej, ta Szwecja brzmi zupełnie jak jakiś taki euroklubowy hit lat 2000., jakieś Tiesto albo inne DJe... Ale za cholerę nie mogę skojarzyć, co to był za utwór.
@panikaman kiedy Eurowizja była prestiżowym festiwalem? Pytam serio. Pierwszy raz widziałem w 2003 (?) Jak było ich troje i to był zasadniczo ten sam poziom żenady.
Łotwa bardzo w moim klimacie. Taki fajny alternatywny rock, w sam raz do puszczenia w drodze, gdy się jedzie samochodem. Obowiązkowo trafi na moją playlistę na Spotifaju.
Malta po linii najmniejszego oporu - papierowe postaci zwyciężczyń poprzednich Eurowizji i obowiązkowo saksofon. Trochę poza tym saksofonem w refrenie ta piosenka nie ma za wiele do zaoferowania. Ale jeśli będą gorsze, to ma potencjał na finał.
Zbiór esejów literackich autorstwa Ryszarda Koziołka.
Czy jest to zbiór esejów? Jak najbardziej. Czy spodziewałam się po tej książce tego, co faktycznie dostałam? No nie.
Początkowe eseje piekielnie mnie przetyrały. Biorąc pod uwagę tytuł i opis wydawcy, spodziewałam się jakiegoś świeżego i odkrywczego spojrzenia na czytelnictwo w Polsce i na świecie, to, co czytanie czyni z człowiekiem, jaki literatura ma wpływ na naszą codzienność.
Otrzymałam natomiast jeden esej o tym, jak to autor nie lubi wychodzić z domu bez książki, trzy eseje o twórczości Tokarczuk, dwa eseje o religii i Biblii, i kilka takich, o których absolutnie nic nie pamiętam. Plus jakiś nic nie wnoszący esej na temat Harry'ego Pottera.
Solidne wodolejstwo, które na pewno można uznać za lekturę dla intelektualistów. A mi się nie chce udawać, że jestem targetem tej książki.
Prywatny licznik (od początku roku): 26/52 - półmetek!
Dziś przychodzę do Was z gęstą od treści książką na temat małżeństw nieromantycznych, zawieranych w wiekach XVIII., XIX. i XX.
Co charakteryzuje małżeństwo nieromantyczne? Są to między innymi związki, które rozpoczęły się w nietypowy dla współczesnych czasów sposób - od ogłoszenia w gazecie, swatki, przedstawienia przez znajomych i członków rodziny - a których głównym motorem napędowym jest... ekonomia. Tak jest, chodzi o pieniądze. No i status społeczny, ale nie oszukujmy się - chęć utrzymania się przy życiu i zachowania jego pewnego poziomu jest w zasadzie najważniejsza.
Autorka porusza tematy właśnie ogłoszeń matrymonialnych publikowanych przez osoby obojga płci w czasopismach temu poświęconych, korzystania z usług swatek, wagi posagu (i co się działo, jeżeli panna na wydaniu owego nie miała), kwestii finansowych, niewiedzy panien na temat utrzymania domu i obowiązków w nim, mezaliansów, a także ruiny finansowej i staropanieństwa.
Każdy z omawianych tematów jest gęsto okraszony zarówno źrodłami autentycznymi (listami, wyjątkami z pamiętników), jak i źródłami literackimi, m.in. "Lalką", "Moralnością pani Dulskiej" itp.). Dodaje to kolorytu lekturze.
Szczególnie intrygującym fragmentem był jeden z końcowych rozdziałów, w którym mężczyźni narzekali, jak to ciężko jest znaleźć właściwą kobietę, która będzie spełniać ich wymagania. O zgrozo, nie może być wykształcona, chcieć prowadzić dyskusje, a tym bardziej mieć jakąkolwiek karierę. Ot, uroki patriarchalizmu, za którym tęsknotę wyrażają i dziś wszyscy pillowcy (w zasadzie nie zastanawiając się nad tym, że do około XIX wieku kobieta była w zasadzie przedmiotem, a nie podmiotem w gospodarstwie mężczyzny...). Co jeszcze zabawniejsze, głosy niezadowolenia wybrzmiewają już po I wojnie światowej, kiedy to kobiety (z racji strat w życiach męskich) musiały zabrać się do pracy, aby przeżyć. Aż się prosi o wymyślenie spisku, że to baby są odpowiedzialne za I wojnę światową...
Choć miejscami książka ta nieco mi się dłużyła, to bardzo polecam. Jest to dokładne i skrupulatne opracowanie tematu, zaprezentowane w ciekawy sposób.
Streak literatury faktu rozpoczęłam od książki, która czekała na mojej wirtualnej półce już od ładnych kilku miesięcy. Jest to, jak tytuł wskazuje, reportaż na temat patodeweloperki.
Autor rozpoczyna książkę intrygującym wprowadzeniem dotyczącym budownictwa mieszkalnego jeszcze za czasów PRL. Nie podaje tu wyłącznie suchych liczb, ale stara się docieć, co miało wpływ na takie lub inne wybory form budynków mieszkalnych, urbanistykę, planowanie i występującą w tym czasie też samowolkę.
Następne rozdziały dotyczą już współczesnej deweloperki, począwszy od lat 90. Mamy tu informacje o tym, w jaki sposób rozpopularyzowało się budowanie osiedli przez deweloperów, rozdział o suburbanizacji, gentryfikacji, mikroapartamentach (aka. chowie klatkowym), osiedlach łanowych, grodzeniu, roli Państwa (spoiler nie-spoiler: jest ona marginalna) w budowaniu nowych mieszkań, a także o nowych kierunkach i przyszłości budownictwa mieszkalnego.
Nie brakuje tu też wątków manipulacji, oszustw i przekłamań przy budowaniu tzw. dziur w ziemi, które - jak się spodziewałam - będą stanowić trzon tej pozycji, choć otrzymujemy je w dość ograniczonym zakresie.
Nie jest to jednak książka idealna. Temat, który jest tak frapujący i obfity w materiał, został tu skompresowany do zaledwie 224 stron. Brakuje mi większej liczby przykładów osiedli i budynków, ich problematyki, no i... aż się prosi o zdjęcia! Nie chodzi o komiksowanie tej książki, ale obrazem lepiej przekazać czytelnikowi to, w jaki sposób patodeweloperka niszczy miasta i okolice.
Książkę polecam osobom zielonym w temacie architektury i urbanistyki, jako wstępniak do interesowania się tematem polskich obozów mieszkaniowych.
Kolejną pozycją z kategorii faktu będzie coś nietypowego, bo... o małżeństwie. I to nie jednym konkretnym. A już na pewno niezbyt szczęśliwym.
@bojowonastawionaowca w zasadzie wszystko Filipa Springera, zwłaszcza jego "Wanna z kolumnadą" i "13 pięter". Springer skupia się często na architekturze, ale w tych dwóch konkretnych mamy właśnie zahaczanie o samowolki i patodeweloperkę
@Wrzoo w sumie jestem zdziwiony tez czytałem tą książkę i to zbiór luźnych opowieści bez jakieś całości. ja się mocno zawiodłem chociaz się fajnie czytało
@smart_bear mi akurat ta forma doboru luźnych wątków do aktualnie omawianego tematu rozdziału odpowiadała, ale fakt - jest lekki zawód, bo można było tę książkę solidnie rozwinąć.
A dziś książka, której ocena na LubimyCzytać jest w mojej ocenie dość zawyżona - 7,8. Czemu tak wysoko (mimo że według mnie raczej jest to przeciętna opowieść)? A już tłumaczę.
Stany Zjednoczone, przełom lat 50. i 60. - początki powojennej prosperity. W owym czasie ma miejsce niespotykane zjawisko - masowe przesmoczenie kobiet. Około 500 tysięcy kobiet w Ameryce nagle, z dnia na dzień, zmienia się w smoki, po czym w większości odlatują w siną dal, opuszczając swoje prace, obowiązki, rodziny, dzieci, mężów. Rząd próbuje ten temat uciszyć, ukryć, o przesmoczeniu się nie mówi. Skrzętnie duszone w zarodku są również prace naukowców, którzy próbują dojść do tego, co się tu właśnie odjaniepawliło.
Jak się okazuje z opowieści głównej bohaterki, która jest jednocześnie jej narratorką (narracja ma charakter wspomnieniowy, i bohaterka opowiada o swoim dzieciństwie), nie jest to wydarzenie jednostkowe i miało już miejsce w przeszłości. Dotyka też kilka lat później rodzinę głównej bohaterki. W wyniku przesmoczenia jednej z członkiń tej rodziny zmienia się jej życie.
Mamy tu dysfunkcyjną rodzinę, bohaterkę, która próbuje przejąć na siebie odpowiedzialność za matkę i siostrę, zrozumieć swój stosunek do przesmaczania się (w świecie, w którym rozmawianie o tym jest surowo odradzane), a także ogarnąć szkołę i wejście w dorosłość.
Mimo że koncepcja książki jest ciekawa, to przemęczyłam ją. Mam wrażenie, że w połowie powieści autorka już straciła pomysł na to, jak ją dokończyć - w związku z tym, końcówka była mocno rozczarowująca.
Tą oto książką kończę swój streak powieści z kategorii fantasy/science fiction. Następny w kolejce czeka reportaż o naszych - dosłownie - polskich podwórkach. A może raczej ich braku?