Weekendowe rajdy leśniakiem, w sobotę lekko i przyjemnie, w niedzielę trochę mniej, wiatr, wertepy itd. Ale ogólnie content jestem, że udało się pojeździć coś po tygodniu przerwy.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
@Mahjong poprawisz wartość początkową na 277 915 i 278 010 po Twoich trasach ? Bot nie ogarnął dodania 2 wpisów w podobnym czasie wcześniej i musiałem u siebie zedytować
Daję tylko oryginalny tytuł bo polskie tłumaczenie jest moim zdaniem nieporozumieniem - na siłę można by przyjąć, że polski tytuł " Syn przeznaczenia" ma dużo wspólnego z fabułą, ale oryginalny tytuł w pełni oddaje treść fabuły, gdzie relacja pomiędzy ojcem a synem jest praktycznie podstawą tego obrazu.
To kolejne pasterskie bajania o wszechmogącym, tym razem w wersji na pewno "fiction", ale to i tak nie ma znaczenia, bowiem "Syn cieśli" to po prostu klasyczny horror, gdyby obedrzeć go z biblijnej otoczki.
Film opowiada o nastoletnim synu cieśli, który w sumie cale życie ukrywa się ze swoją rodziną, bo wie, że grozi im niebezpieczeństwo. Józef wie, że jego przybrany syn to tak naprawdę syn Boga. Ale sam nastolatek nie wydaje się tego wiedzieć. W ojcu widzi trochę nawiedzonego nudziciela, ale oczywiście robi wszystko co ten mu każe - może przyczyną posłuszeństwa są straszne koszmary o tym, że umiera na krzyżu?
Dopiero gdy poznaje dzieciaka, który żyje pośród trędowatych do młodego zaczyna docierać jak wielkie ma moce oraz to, że szatan, którym straszy go stary, istnieje naprawdę.
Mam słabość do biblijnych interpretacji oraz horrorów więc w sumie dobrze się bawiłam. Chociaż akurat w tym filmie Nicolas Cage nie zrobił typowej popisówy, ale still solidny jako aktor.
Opowieść o rywalizacji mistrzów szachowych, która przerodziła się w trochę zrozumiałe, ale zarazem nieco absurdalne podejrzenia.
Jest to ciekawy dokument, najlepsze jest w nim to, że pokazuje nam ułamek osobowości arcymistrzów szachowych, jak myślą o grze, a głównie o zwyciężaniu i przegrywaniu. Można też lekko odwiedzić wielki świat szachów, spojrzeć na niego z szerszej perspektywy. Polecam szczególnie tym, którzy zatrzymali się na Kasparowie i Deep Blue.
Elizabeth Shelley (ha! nazwisko nieprzypadkowe) zostaje rozjechana na przyjęciu przez kosiarką. Jej narzeczony, domorosły naukowiec Jeffrey Franken (ha! nazwisko nieprzypadkowe) postanawia przywrócić ją do życia. Oczywiście będzie to trudne bo Jeffrey posiada tylko głowę dziewczyny, plus kilka innych części ciała. Aby zrekonstruować jakoś swoją oblubienicę nasz genialny amator postanawia wybrać się do dzielnicy z prostytutkami i tam wybrać z dziewczyn co lepsze kawałki, z których ułoży nowe ciało Elisabeth.
Gdy Jeffreya przytłaczają wątpliwości natury moralnej pomaga sobie w ten sposób, że niszczy poszczególne części mózgu wiertarką. Nie dość, że fajny haj, to jeszcze łatwiej zabrać się do roboty.
Mnóstwo nagich piersi, wybuchające prostytutki i wspaniałe teksty, którymi lepiej nie chwalić się rodzinie.
Ten film to czyste szaleństwo - stworzony specjalnie w taki, a nie inny sposób, kompletnie powalona parodia "Frankensteina".
Doskonale zdaję sobie sprawę jakiej kategorii to film - ale uczciwość twórcy i niebagatelny fun jaki wynika z seansu nie pozwala dać mi niższej oceny!
Ciekawostka: prostytutki zagrały... prawdziwe prostytutki, bo żadne aktorki nie chciały tak się negliżować ani ubrać.
@Furto -am. Mamy taki klubik wewnętrzny gdzie oglądamy takie vhsowe perełki - niestety nie mogę udostępniać, ale widzę, że jest na CDA: https://www.cda.pl/video/2429103778
W sumie dopóki w tym filmie nie wiemy gdzie zmierzają twórcy to toczy się dość gładko fabuła - sportowe wyzwania, treningi, walka z nałogiem i niespokojny związek z borderline-girl. Potem dynamika lekko siada, by ostatecznie dać nam na koniec jedno wielkie nic.
To historia jednego z pionierów MMA - Marka Kerra. I sama rola Dwayne'a Johnsona nie rozczarowuje. Kerr to był potężny byk, który swego czasu królował w japońskiej organizacji (legendarnej już dziś) - Pride.
Problem jednak z tym aktorem jest taki, że Dwayne nie pasuje tutaj wiekowo - dysonans jest dość spory, a charakteryzacja zamiast ukrywać różnicę wieku między filmowym Kerrem a aktorem, tylko ją uwydatnia. Mimo to warto docenić aktorskie zdolności Johnsona. Nie odstaje też Emily Blunt, grająca jego ówczesną partnerkę.
A teraz - dlaczego wielkie nic? Nie ma tam żadnej konkluzji. Ot, był taki Mark Kerr, świetny wojownik, który musiał się mierzyć w swoim peaku karierowym z uzależnieniem i chorobą swojej dziewczyny. Potem oglądamy jego powrót do walki, perypetie sportowe i... koniec. Przejazd na 20 lat później i widzimy prawdziwego Kerra w aktualnym już wieku, który robi zakupy w sklepie.
Czegoś ewidentnie zabrakło w tej końcówce, czegoś co można by rzucić nawet na oślep widzowi, by miał poczucie, że obejrzał skończone dzieło. A tymczasem Smashing Machine ani nie jest bio-laurką, ani jakimś prostym traktatem o kondycji pionierów MMA.
Gdyby nie to spokojnie dałabym 7/10, bo to wcale nie jest zły film, mimo wiekowego obsadzenia i braku celu na samym końcu - po co powstał ten film.
Opowieść o Isabel, która chciała by być bardziej wolna w tym skostniałym od konwenansów świecie. Regularnie odrzuca propozycje małżeńskie dopóki nie spotyka Gilberta Osmonda. Biedny arystokrata ma swój cel w małżeństwie z Isabel, można się domyślać dlaczego. Z czasem przejmuje pełną kontrolę nad żoną, taką samą jaką ma nad swoją dorastającą córką, którą chce bogato wydać za mąż, chociaż ona kocha już pewnego chłopca, ale on nie jest na radarze Osmonda.
Jedyną osobą w życiu Isabel, która naprawdę pragnie jej szczęścia jest jej kuzyn Ralph, ale tego olśnienia Isabel doznaje zbyt późno.
Brzmi arcyciekawie, ale film nie jest arcyciekawy - jakoś nie widać tam wielu rzeczy. Osobowość Isabel jest ukryta, najbardziej zarysowaną postacią jest właśnie Osmond oraz Ralph. Trochę szkoda, bo przecież Isabel gra aktorka najwyższej klasy - czyli Nicole Kidman. Za mało jednak tam jej arcytalentu, tak samo jak niestety za mało wspaniałej muzyki Wojciecha Kilara.
Drugi sezon o przygodach znawców wina - Camille i Issei. Tym razem rodzeństwo rusza w podróż za niezwykłym winem, które w testamencie (kolejnym już...) powierzył im ich ojciec. Detektywistyczna robota doprowadzi ich aż do Gruzji gdzie odkryją rodzinną plantację, która boryka się ze swoimi problemami. Camille porzuca swoje ustatkowane życie by tylko ratować niezwykłe wino, a Issei postanawia zmierzyć się z własnymi demonami.
Nie był to już dobry sezon jak pierwszy. Tym razem wiemy już mniej więcej o co się rozchodzi - kolejna misja rozmywa się na kilka różnych stron - winiarskiej detektywistycznej roboty jest trochę mniej, a poza tym nie robi to już takiego wrażenia jak za pierwszym razem.
Ale i tak warto było obejrzeć - to dość dobry serial, mało znany w Polsce, a szkoda, bo poziomem przeskakuje spokojnie netflixowe i hbowe hity.
Ostatnio pisałam o drugim podejściu do "Lady Bird" i jak dzięki temu odkryłam ten film na nowo. Od paru miesięcy chodził za mną pomysł powtórzenia sobie innego seansu, z którym za pierwszym razem miałam problem i w święta nadarzyła się okazja i odświeżyłam sobie "Zimną wojnę" Pawlikowskiego.
Problem za pierwszym razem miałam taki, że nie widziałam potężnego uczucia pomiędzy Zulą a Wiktorem. To mnie deprymowało i odpychało zarazem od uznania tego filmu.
Tym razem ten problem zniknął, bowiem nie chodzi o to by zauważyć czy wyczuć jakąś chemię między bohaterami. To jest melodramat i konwencja robi to za nas - warto to zaakceptować i po prostu porwać się temu filmowi.
"Zimna wojna" to przede wszystkim historia nieszczęśliwej miłości - ona z dołów społecznych pragnąca lepszego życia, on artysta - uniesiony jej wspaniałym głosem, zakochuje się z miejsca. A jednak realia czasów gnębią naszych bohaterów - odsuwają ich od siebie, a zarazem przysuwają - ci ludzie nie potrafią bez siebie żyć, chociaż wiedzą, jak równie ciężko jest ze sobą żyć. To prowadzi do tragicznych konkluzji, ale czego nie robi się dla miłości?
W sensie realizacyjnym to majstersztyk - czarno-białe zdjęcia uchwycone w niepokornych kadrach, muzyka, wspaniała, docierająca do naszych serc, aktorstwo (Kulig i Kot) na najwyższym światowym poziomie! Po prostu film doskonały.
Aż zajrzałam w nominacje oscarowe z 2019 roku, bo myślę sobie - film z którym przegrała "Zimna wojna" musi być jeszcze lepszy. Jakież było moje zdziwienie gdy sprawdziłam nominowane tytuły i jaka bieda wtedy w tej kategorii panowała - tylko "Roma" Cuarona mogła stanąć w szranki, chociaż moim zdaniem jest o punkt gorsza od dzieła Pawlikowskiego. "Kafarnaum" to film średni, niewiele lepszy "Złodziejaszki" (tego niemieckiego nie widziałam).
Trochę szkoda, że od "Zimnej Wojny" Pawlikowski niewiele nakręcił - jakby jego kariera przystosowała, ale i tak czekam na jego kolejne filmy z wielką niecierpliwością.
Mnie tam film zaskoczył bo był czymś czego w Polsce chyba często nie robią: film, który mógł równie dobrze powstać w USA. Jest po porządna produkcja, a nie jakiś kolejny pitbull.
Dla mnie to nadal jest niestety największy problem filmu. I na poziomie gry aktorskiej i na poziomie scenariusza tam nie ma miłości, jest tylko pożądanie między dwójką ludzi, którzy tak naprawdę nie pasują do siebie i którzy nawet w sprzyjających ich związkowi okolicznościach byliby co najwyżej w on and off relationship. Może gdyby to był wątek poboczny, łatwiej byłoby ten nieudolny romans przełknąć, ale skoro gra pierwsze skrzypce, to ciężej go zaakceptować.
Właśnie tak to widziałam za pierwszym razem, ale gdy przystosujesz się do konwencji melodramatu łatwiej dać się wrzucić do tej "pułapki" - na tym zresztą polega dramat tej pary - że ani nie umieją ze sobą być, ani być bez siebie. Dlatego kończy jak się kończy - wybierają ten jeden wariant, który prawdziwie pogodzi ich miłość.
Ależ to była wyprawa! I znów Klaus Kinski gra szaleńca w peruwiańskiej dżungli i znów to gra w filmie Herzoga. Relacja tych dwojga to zapewne historia na osobny wpis - z jednej strony podziwiali samych siebie a z drugiej strony nienawidzili się do szpiku kości.
Fitzcarraldo to człowiek opętany wizją - wizją sukcesu. Chce w środku peruwiańskiej dżungli postawić operę. Ale aby dojść do tego celu trzeba zarabiać - postanawia po już dwóch nieudanych inwestycjach zostać plantatorem kauczuku. Wyrusza w podróż Amazonką swoim statkiem "Mary Aida". Jego podróż to wieczne problemy, aż pewnego dnia opuszcza go załoga - zostają tylko najwierniejsi. Na pomoc przychodzą miejscowi Indianie a gdy statek natrafia na kolejny problem Fitzcarraldo postanawia wykorzystać przesmyk między dwoma rzekami i przenieść nim statek.
Przedsięwzięcie to karkołomne i absurdalne (w historii, na której opierał się Herzog statek został rozebrany i potem na nowo złożonym, ale niemiecki reżyser chyba specjalnie to przeoczył) i jeszcze napiszę do tego, że tak naprawdę zrobiono podczas realizacji filmu! Czyli przeniesiono ważący ponad 340 ton statek! Herzog chciał by te sceny były ekstremalnie realistyczne więc nakręcił wszystko jak było - bez żadnych efektów specjalnych! No po prostu szaleniec!
Produkcja filmu trwała 12 lat, z czego dwa lata w sensie realizacji - ale nic dziwnego, skoro musieli przenieść statek przez wzgórza... A to wszystko przy dźwiękach klasycznych oper dobiegających z odbiornika Fitzcarraldo.
Niebywałe jak Herzog wlewał swoje wewnętrzne szaleństwo w te filmy - o szaleńcach. Niebywałe, że był zdolny naprawdę przeprowadzić ogromny statek między rzekami tylko na potrzeby filmu.
Warto oglądać uważnie od samego początku: Fitzcarraldo jest nieco dziwaczny w swoich wizjach i lekceważony przez środowisko - tym bardziej jego triumf będzie smakował wybornie - oglądając film spodziewałam się raczej katastrofy niż doprowadzenia do celu - przecież to wszystko zakrawa, że znów się powtórzę - absolutne szaleństwo!
Film jest niesamowity, robiony potężne wrażenie - w każdym aspekcie stoi na najwyższym poziomie, choć podszycie oszalałym podejściem twórcy rodzi ciarki na plecach. Kino absolutne!
Natura, świat, życie, żywioły, przemijanie, pamięć. Tak wiele można wypisywać słów w kontekście tego filmu i niesamowite jak wiele z nich będzie pasować.
Tarkowski pozwala nam się przejrzeć w zwierciadle, ale nie zobaczymy tam nic nam znajomego, bo to życie innych ludzi, a zarazem zobaczymy tam wszystko co nam znajome - dzieciństwo, miłość, wspomnienia, sny, rzeczywistość.
Rozległa zabawa kolorem w tym film w pewnym momencie wysunęła się mi spod oczu - już nie nie wiadomo co jest snem, co wspomnieniem, co rzeczywistością. Może tylko urywki historyczne? A może wspomnienie o matce, która w sumie wysuwa się tu na pierwszy plan. Ale czy na pewno jest to tylko matka? Może to i żona? Może to każda kobieta o jednej i tej samej twarzy, która miała wpływ na życie narratora?
Nie będę analizować intelektualnego podłoża tego filmu - to zostawiam mądrzejszym głowom - oglądam filmy Tarkowskiego dla emocji, dla ich piękna i majstersztyku realizacyjnego. I o ile można bawić się w rozumienie na przykład takiego "Stalkera" czy "Andrieja Rublowa" (btw w film w jednej scenie widzimy plakat tego filmu na ścianie), tak "Zwierciadło" pozostaje niepełne do zrozumienia i mam spore podejrzenie, że zostało tak to zrobione specjalnie.
Niesamowite ale chyba tylko Tarkowski tak umiał - stworzyć bardzo osobisty film, w którym każdy z widzów będzie mógł się w nim przejrzeć, niczym w zwierciadle.
Ode mnie to tyle - rozmyślania nie ustaną, ale dziś nie będę się więcej nimi dzielić. Jak zwykle niezwykła przygoda z dziełem tego reżysera.
To mój drugi seans tego filmu i dopiero teraz doceniłam błyskotliwy scenariusz oraz dialogi. Wcześniej ten film wydawał mi się miałki - ot, zbuntowana nastolatka i jej nastoletnie rozterki, których - jak zawsze oczywiście - nie potrafi zrozumieć matka.
Tym razem doceniłam humor i opowieść o trudnej przyjaźni córki z matką. Bo o tym jest też ten film trochę - o relacji mocnej ale wiecznie naciągniętej, na linii wybuchu. Zwykłą szkolną przyjaciółkę możesz odstawić na moment, gdy wejdziecie w konflikt, ale co zrobić z przyjaciółką, która jest twoją matką i ma wymagania, zawsze przygotowaną krytykę, za którą kryje się zwykła matczyna troska.
Prześmieszne są nastoletnie przygody - pierwsze miłości, chęć imponowania rówieśnikom, ambitne marzenia - chęć wyrwania się z domu. Saoirse Ronan jako Lady Bird rozsadza ekran - od samego początku jej wierzymy i niesamowite jak łatwo zapomnieć, że oglądamy film - wymyśloną historię.
Więc ogólnie - to nie jest film o buncie młodego człowieka, bunt tutaj to fasada - najważniejsze jest dojście do źródła - zrozumienia siebie przez pryzmat innych do czego Lady Bird musi dojść sama, chociaż przecież - nam dorosłym widzom - wskazówki jawią się aż nazbyt widoczne.
Lubię takie drugie seanse, gdzie ocena nagle skacze, bo widzę coś, czego nie widziałam wcześniej - niczym tytułowa Lady Bird.
Nie był zły jak na kontynuację, ale nie był też dobry. Boyle miał swoją koncepcję kręcenia, tutaj to trochę się rozmywa, tak naprawdę nie wiadomo kto jest głównym bohaterem - to się co chwilę zmienia.
Sam pomysł ciekawy z zarażoną, ale nie chorą i z powrotem do pandemii - natomiast fundament psychologiczny, choć mocno zarysowany, rozpływa się zbyt szybko. Don, który uciekł ratować swoje życie zamiast pomóc żonie, teraz chce wynagrodzić owe zachowanie swoim dzieciom, a jednak ostatecznie to obcy amerykański żołnierz pokaże, że potrafi poświęcić życie dla innych jednostek. Ale powiedzmy sobie szczerze - jemu oraz Scarlett przyświeca wdzięczna idea ratowania ludzkości przed re-pandemią.
Samo oglądanie nie bolało, akcja jest, zarysowane wystarczająco postacie by się przejmować - więc lecimy z zabawą.
Czy ktoś miał kiedyś problem, z kotem, który nagle jest w stanie podwyższonej czujności i napięcia?
Chat GPT określił mi to jako klasyczny etap obronnego napięcia środowiskowego/przejściowy stres, i że cokolwiek to jest powinno minąć z czasem - prawdopodobnie kotkowi coś się nie spodobało w psie i tak reaguje, ma niby uspokoić się z czasem.
Kotek po sterylce, dorosły już - koło 3 lata, mała ale wariacik. Wychowywała się u nas w domu od maleńkości ze starszym psem, który no co tu mówić - widać, że się starzeje, jest głuchy i ledwo widzi, do tego ciężko mu utrzymać czystość, ale poza tym jest dalej normalnym pieskiem, lubi chodzić na spacery i pieszczoty.
I kotka też taka jest - lubi się bawić, przymilać, pieszczoch straszny, chodzi za mną jak pies, reaguje na komendy typu "chodź" czy "przysmak" lub "nie wolno". Jak śpi z człowiekiem, to koniecznie musi się przytulić! Zazwyczaj można było bez konsekwencji wziąć ją na ręce i miziać, jak jej się nie podobało, to dawała subtelne znaki i tyle.
I było wszystko ok, a nagle od wczoraj syczy i napina się, puszy gdy tylko pies przechodzi obok lub podchodzi do niej. Do tego ową mowę ostrzegawczą stosuje wobec człowieka - nie można jej już pogłaskać ot tak jak jeszcze dwa dni temu, bo zaraz ostrzegawczo miauczy, źrenice szerokie i wygląda jakby chciała zaatakować.
Kota z psem relacje były dość neutralne, czasem ją gania ale tylko ją poślini nigdy nie ugryzł, natomiast jej się zdarza go drapnąć, chociaż wie, że nie wolno - pies to york, więc jest niewiele większy od niej, do tego stary i praktycznie bezbronny. Nie spały nigdy przytulone, ale nie miały np. problemu spać obok siebie niedaleko. Ogólnie mają na siebie wyjebane jajca, nie przeszkadzają sobie, ot, bytują w tym samym środowisku.
Teraz jest inaczej od wczoraj. Mimo to nie ma agresji stosowanej, ogólnie to ona chodzi za nim napuszona, przygięta do podłogi i syczy, ale nie atakuje, chociaż wygląda to mega groźnie.
Czy to faktycznie minie? Myślałam, że znam tego kota na wylot... Czy to faktycznie stres, wywołany jakąś sytuacją i minie z czasem?
Czy ten film wymaga oceny? Niekoniecznie. W sumie każda ocena będzie prawidłowa bowiem to film dziwny, inny i krytyczny wobec popkultury, a równocześnie sam obraz wprost rozpływa się w odniesieniach popkulturowych. Więc moim zdaniem nie ma co mieć wyrzutów jeśli daje się 2/10 i nie ma co też uważać się za mega znawcę, bo spodobał nam się taki popaprany film i dajemy 10/10.
"Urodzeni mordercy" to przede wszystkim kino ekspresji. W tym sensie dużo nie różni się od mrocznych acz moralistycznych opowieści z początków kina. Tyle, że różni się etapowaniem owej mroczności, obraz jest dostosowany do czasów - a te, co ciekawe, jakoś za specjalnie nie zmieniły się od lat 90., przynajmniej w sensie mediów i popkultury.
Ten film już oficjalnie wsadził kwestię morderców do popkultury - powieść czy film bez porządnego złola często nie ma szans się obronić. Zło jest wszędzie i my to wiemy i akceptujemy.
Natomiast w filmie Stone'a zło zyskuje jeszcze jedną cechę - zachwyt. Mickey i Mallory zabijają dla przyjemności. Romans bohaterów oscyluje trochę wokół "Dzikości serca", ale tam na miłość czyhali gangusy, a nie popierdolony policjant. W filmie Lyncha główny bohater robił co musiał - zabijał jakby to było codzienność, ale zabijał bo musiał się bronić. W "Urodzonych mordercach" zabijanie jest po prostu elementem życia - niczym zaspokojenie własnych potrzeb.
Do tego mamy media, które nakręcają z lubością machinę uwielbienia - nie liczy się co temat przedstawia, liczy się sam TEMAT, czyli młoda ładna para, która lubi zabijać. Nikogo nawet nie przeraża jak łatwo udaje się zrobić z Mallory i Mickeya idoli społeczeństwa. To jest naturalne, tak jak chęć zabijania tłumaczy Mickey - mamy to w naturze i już.
Czy to jest także krytyka popkultury, która wypluła na swoje tereny seryjnych morderców i następnie pozwoliła im tam wsiąknąć? Możliwe, że tak, skoro w jednych z pierwszych scen oglądamy klimat rodzinny, w którym żyła Mallory za pomocą sitcoma - molestujący, obleśny ojciec wyrzuca z siebie obrzydliwe gadki, które są kwitowane salwą śmiechu.
Sam film zrealizowany jest w różnych kolorach, kompozycji, sposobie kręcenia - to ma oddać klimat wszechobecnej telewizji, oglądamy "Urodzonych morderców" jak typowy widz z pilotem w ręku - częste i zauważalne zmiany zdjęć mają potęgować "przełączanie kanałów".
Bardzo ciekawy re-seans. Pamiętam jak mocno mną wstrząsnął ten film gdy oglądałam go po raz pierwszy - dla mnie to była historia trochę też o mnie, bo wtedy bardzo mocno interesowałam się tematyką seryjnych morderców.
Stone trochę romantyzuje głównych bohaterów - ale robi to specjalnie, na co nam idea filmu, skoro sami widzowie filmu zawiodą? Zresztą owe romantyzowanie też polega na tym, że dookoła wszędzie są równie źli, jeśli nie gorsi ludzie - psychopatyczny policjant czy pozbawiony totalnie empatii i uczuć wyższych reporter. Więc motyw miłości, która łączy Mallory i Mickeya daje nam oddech jakiegoś tam "dobra".
Ciekawy film, do wielu długich analiz jak widać. Polecam każdemu kto jeszcze nie widział i kto nie boi się brutalności w kinie.
@zuchtomek Tak, ale Stone dużo pozmieniał i miał kompletnie inną koncepcję przez co Tarantino zażyczył sobie by wykreślono jego nazwisko z autorów scenariusza jest tylko wymieniony jako "story by".
On ogólnie napisał dwa scenariusze (jeszcze "Prawdziwy romans"), których nie reżyserował i zawsze miał wąty do twórców, chyba taki typ
@Mahjong z 300 jak nie więcej razy obejrzałem ten film. Oboje zagrali za⁎⁎⁎⁎ście. Ehhh. Potem był film z nią: dziwne dni " Strang Days" a potem kariera Juliette Lewis sie poplątała...
Nie no, gdy grała w Urodzonych była w peaku po "Co gryzie Gilberta Grape'a" i "Kalifornii" (co ciekawe, tam też grała dziewczynę seryjniaka, tyle że sama nie zabijała, wprost przeciwnie - była słodka i naiwna).
Jeszcze miała rolę w "Od zmierzchu do świtu". Potem faktycznie jakby zleciała z piedestału i stała się "mniej znaną aktorką".
Ostatnio fajnie zagrała w serialu "Yellowjackets" - taka klasyczna Juliette Lewis
Komedia, w której dwóch facetów zamienia się na życie za sprawką dobrego, lecz niskiego rangą anioła Gabriela (w tej roli Keanu Reeves). Jeden jest biedakiem Arj, śpi w samochodzie, wykonuje gówniane prace by zarobić mało pieniędzy, ale zakochuje się w koleżance i Gabriel pokazuje mu, że z czasem jakoś tam się im ułoży. Jako dowód na to Gabriel zamienia życiami go z życiem Jeffa, który jest bogaty, ma fajną chatę, mało pracy i ogólnie pławi się w luksusie.
Oczywiście Gabriel nie bierze pod uwagę materializmu ludzi i Arj nie chce już wrócić do dawnego życia, Jeff musi zaznać za to życia bidoka, a szefowa aniołów stróżów degraduje Gabriela do bycia zwykłym człowiekiem, dopóki nie naprawi tego całego zamieszania.
Ogólnie fajna komedia, można się pośmiać, o to właśnie chodzi. Tylko kaszaniło mi to wszystko wyolbrzymianie zwykłego biedackiego życia, jakby każdy musiał dostosować się do swojej roli. Rozumiem morał historii, ale jakoś tak wyszło, że ok może jesteś bidokiem bez kasy, ale za to z dziewczyną i jakoś to będzie. Brzmi trochę niesprawiedliwie mimo wszystko. Jakby ktoś mówił Amerykanom - taki mamy system (klimat!).
Nowy Jork, lata 90. XX wieku. Wszystko zaczęło się od kota sąsiada, którym Hank (pozbawiony już ambicji były basebalista teraz pracujący za barem i w alkoholu topiący smutki, czasem radość przynosi bliskość jego dziewczyny) miał się zaopiekować. Nagle po wyjeździe sąsiada pojawiają się gangsterzy i akcja rusza z kopyta rozwalając życie Hanka na miazgę.
Akcja goni akcję, humor jest, ciekawe złole, zarysowane postacie, zdjęcia, muzyka, montaż.
Ale to dalej zwykły akcyjniak w moim mniemaniu, z fajną dynamiką. Tym bardziej dziwne, że przecież nazwisko reżysera nie wskazuje na coś takiego.
W tym sezonie najdłuższy dystans, nie pamiętam jak było rok temu, ale chyba "pięćdziesiątki" zaczęłam robić dopiero pod koniec kwietnia kolarką.
Lokals wjechał mi na czołówkę, jechał z naprzeciwka, patrzył się do przodu, więc byłam pewna, że mnie widzi. Nagle zaczął się na coś gapić z boku i jep! jego rower skręcił prosto na mnie, ja szybko po poboczu by uniknąć kolizji, próbując nie wjebać się do rowu, udało się - pożegnałam typa niezbyt miłą wiązanką Dalej nie wiem jakim cudem się udało, już widziałam jak wjeżdżam w typa. Pewnie jakiś pijaczek z okolicznych wiosek.
Mimo, że ledwie 10 stopni C, to nie było jakoś super zimno, lżejszy wiatr, do tego słoneczko i było dość komfortowo jak na takie warunki.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin