Komentarze (8)

W naszym społeczeństwie wszyscy spotykamy się z frustracją. W szkole najbardziej sfrustrowani są nauczyciele. To są ludzie którzy wykonują całą pracę z systemem edukacji i to oni są wystawieni na wszelkie niedogodności. O stanie dzieci lepiej tutaj nie wspominać bo ich do dostań jest efektem działania systemu. Potem są sfrustrowani rodzice którzy mają słuszne uwagi co do miejsca i sposobu działania placówki w której znajdują się ich dzieci. I frustracja jest podwójna z obu stron. Dochodzi do napięć i niechęci. Ciężko jest być nauczycielem, ciężko jest być rodzicem a często ciężko też jest być uczniem. Każdy jest sfrustrowany

@DexterFromLab Nie każdy. Jest jedno ogniwo systemu, o którym się zapomina - a jest to rząd, odpowiedzialny za między innymi program nauczania i ramy dydaktyczne. I choć ze względu na odpowiedzialność to powinien być najbardziej zestresowany element systemu, to nie jest.


I tak na przykład - likwidacja gimnazjów. Za książką Sawulskiego "Pokolenie 89" - zapytano w zasadzie wszystkich, co sądzą o gimnazjach, poza osobami, które w tym gimnazjum były, a te osoby jak raz się o gimnazjum wypowiadały dobrze. Okazało się, że zgodnie z argumentacją za ich wprowadzeniem, często było to narzędzie do "czystego startu" wśród rówieśników i wyrównania szans edukacyjnych, zwłaszcza na wsiach. Zrobiłem szybki research i dotarłem do badania, które potwierdza, że najwięcej przemocy rówieśniczej jest w podstawówkach.


No ale gimnazja zlikwidowano, mocno upraszczając, w zasadzie dlatego że 80-letnie panie nie chciały do gimnazjum.


To tylko przykład, bo tego jest więcej - na przykład w kwestii programu nauczania. Zdarzało mi się, że jak dorabiałem na studiach jako korepetytor to mnie pytano "ale do czego mi się to przyda?". Starałem się wyjaśnić i pokazać, że znajomość funkcji wymiernej się przyda w życiu. Problem jest taki, że to szkoła powinna uzasadnić i pokazać, do czego się przyda wiedza, która jest tam oferowana. Jest to test, który polska szkoła regularnie oblewa.

@Mechazaba Gimnazja były kretynizmem - zresztą wprowadzonym przez rząd klinicznego kretyna Buzka, więc trudno oczekiwać innych rezultatów - o tyle, że powodowały tęgie zamieszanie w takim okresie życia dzieciaka, kiedy jest mu owo zamieszanie najmniej potrzebne. W dodatku było to na względnie krótki okres, po 6 latach podstawówki znów się wszystko przetasowywało, układy i układziki rozmontowane, nieraz całkiem obce środowisko i nauczyciele, a do tego trzeba było na nowo zaczynać walkę o hierarchię w stadzie rówieśników. Intencje z "czystym startem" jak zwykle skończyły tam, gdzie większość dobrych intencji, czyli brukując piekło.


Do tego w jednym gimnazjum miałeś z jednej strony fizyczne i mentalne dzieci, nadal bawiące się klockami i przeglądające komiksy z Batmanem albo filmy z jakimiś śpiewającymi księżniczkami, a z drugiej prawie-dorosłych wągrów, którzy wchodzili w buntowniczy okres hormonalnej burzy i naporu, i pastwili się nad tymi pierwszymi choćby korzystając z przewag fizycznych, wynikających z rozwoju ciała. W ośmioletniej podstawówce też masz z jednej strony siedmioletnich smarków prosto z przedszkola, a z drugiej ośmioklasistów, z których większość już zaczyna pokrywać się włosami w kroczu. Ale to jest środowisko znane, nauczyciele też oswojeni, a przy odrobinie sprawnej organizacji dajesz klasy 1-3 na jedno piętro, 4-6 na drugie, a 7-8 na trzecie i masz różne grupy rozdzielone bez potrzeby instalowania zasieków z drutów kolczastych i zatrudniania Specnazu do pilnowania porządku.

@jonas

Do tego w jednym gimnazjum miałeś z jednej strony fizyczne i mentalne dzieci, nadal bawiące się klockami i przeglądające komiksy z Batmanem albo filmy z jakimiś śpiewającymi księżniczkami, a z drugiej prawie-dorosłych wągrów, którzy wchodzili w buntowniczy okres hormonalnej burzy i naporu,

Przepraszam, ale to brzmi jak wypisz wymaluj opis obecnej szkoły podstawowej, w której siedmioletnie dzieci zaczynają naukę, a skończą ją mając lat 15


Ale to jest środowisko znane, nauczyciele też oswojeni,

No i właśnie w tym okazuje się tkwi problem. Jeżeli kogoś na starcie nie polubili nauczyciele, to czeka go osiem lat męczenia się. Jeśli do tego nie polubili go rówieśnicy - to będzie to tragedia.

a przy odrobinie sprawnej organizacji dajesz klasy 1-3 na jedno piętro, 4-6 na drugie, a 7-8 na trzecie i masz różne grupy rozdzielone bez potrzeby instalowania zasieków z drutów kolczastych i zatrudniania Specnazu do pilnowania porządku.

Nie rozumiem, w tej sprawnej organizacji zakłada się, że w szkołach nie będzie schodów?


o tyle, że powodowały tęgie zamieszanie w takim okresie życia dzieciaka, kiedy jest mu owo zamieszanie najmniej potrzebne

Przy założeniu, że wszystko jest super w szkole podstawowej - tak, pełna zgoda, takie zamieszanie nie byłoby potrzebne. Problem jest jednak taki: po pierwsze, szkoły podstawowe, zwłaszcza na obszarach wiejskich, nie mogły przyciągnąć dobrych nauczycieli, więc gimnazjum było szansą dla uczniów, którzy nie mieli szczęścia do nauczycieli, aby te szanse wyrównać (bo siłą rzeczy było ich mniej i były w większych ośrodkach rozlokowane). Po drugie, jeżeli ktoś nie miał szczęścia do rówieśników, to to "brukowanie piekła" było dla niego ratunkiem.


Poza tym, w obecnym systemie też się wyrywa dzieci w burzliwym wieku ze szkoły podstawowej, którą znają od ośmiu lat, aby kontynuowały edukację w liceum/technikum/szkole zawodowej. Znowu trzeba było zaczynać walkę o hierarchię w stadzie rówieśników.

@Mechazaba Przepraszam, ale to brzmi jak wypisz wymaluj opis obecnej szkoły podstawowej, w której siedmioletnie dzieci zaczynają naukę, a skończą ją mając lat 15

Zgadza się, ja też jeszcze się na ten system załapałem, bo taki jestem stary. Uważam go za lepszy niż nieudany jak pokazał czas i realia eksperyment z gimnazjami.

Jeżeli kogoś na starcie nie polubili nauczyciele, to czeka go osiem lat męczenia się. Jeśli do tego nie polubili go rówieśnicy - to będzie to tragedia.

Taki ktoś najpierw jest nielubiany przez sześć lat podstawówki, potem trzy lata gimnazjum, a potem kolejne trzy (lub cztery) szkoły średniej. Do stresów z tym związanych dochodzi jeszcze konieczność wygryzania sobie pozycji w stadzie drapieżników, bo tym dla nielubianego dzieciaka są rówieśnicy ze szkoły.

Mając więcej czasu można próbować coś tu zmienić, ale jak cię co kilka lat przenoszą, to trzeba się spieszyć za każdym kolejnym "nowym startem".

Nie rozumiem, w tej sprawnej organizacji zakłada się, że w szkołach nie będzie schodów?

Nie wiem czy miał to być przejaw błyskotliwej ironii, suchy żart czy jeszcze coś innego, ale nie pykło.

Przy założeniu, że wszystko jest super w szkole podstawowej - tak, pełna zgoda, takie zamieszanie nie byłoby potrzebne.

Nie musi być super, wystarczy żeby było względnie stabilnie. Wyrywanie dzieciaka z rozpoznanego i swojskiego środowiska w inne nie zapewnia stabilności.

Problem jest jednak taki: po pierwsze, szkoły podstawowe, zwłaszcza na obszarach wiejskich, nie mogły przyciągnąć dobrych nauczycieli, więc gimnazjum było szansą dla uczniów, którzy nie mieli szczęścia do nauczycieli, aby te szanse wyrównać (bo siłą rzeczy było ich mniej i były w większych ośrodkach rozlokowane).

Wyrównywanie szans to przeważnie myślenie życzeniowe i chciejstwo, rzadko kiedy działa. Przepaści między dzieciakami z kiepskiej i lepszej szkoły nie zasypie się przenoszeniem ich z placówki do placówki jak księdza-pedofila.

jeżeli ktoś nie miał szczęścia do rówieśników, to to "brukowanie piekła" było dla niego ratunkiem.

Jeżeli ktoś nie miał szczęścia, to wycierali nim podłogę i szkolne kible niezależnie od tego, gdzie był.

Poza tym, w obecnym systemie też się wyrywa dzieci w burzliwym wieku ze szkoły podstawowej, którą znają od ośmiu lat, aby kontynuowały edukację w liceum/technikum/szkole zawodowej. Znowu trzeba było zaczynać walkę o hierarchię w stadzie rówieśników.

Tak, ale robi się to o jeden raz mniej niż z gimnazjami. Im mniej takich atrakcji, tym lepiej dla młodego człowieka.

Kiedyś to była telewizja i big-beat, potem gry komputerowe, teraz media społecznościowe. Zawsze jest jakiś chochoł, winny bełtania młodym ludziom w głowach.


A pruski model edukacji, nastawiony na produkowanie posłusznych i karnych niewolników, maszerujących równo w takt werbla? System bezwzględnie karzący najmniejsze przejawy indywidualnego myślenia, krytycznego spojrzenia albo uchowaj Bismarcku bezczelne zadawanie pytań? Psychopatyczni nauczyciele z kompleksem boga, genialnie sportretowani choćby w "The Wall" Pink Floydów? Rodzice mający serdecznie wyjebane na własne potomstwo? Cóż znowu, dzieciak się wyhuśtał/zabił kolegę/podpalił szkołę, bo grał w gry i siedział na Instagramie.

Zaloguj się aby komentować