@D21h4d
Dokładnie. Ja dla przykładu:
- pierwszy tydzień nie liczyłem w ogóle kcal, tylko starałem ograniczyć słodycze i trochę ilościowo żarcie,
- drugi tydzień dołożyłem 2x w tygodniu cardio i mniej więcej liczyłem kcal,
- trzeci tydzień już konkretniej liczyłem kcal w apce fitatu i starałem się zwiększyć białko,
- czwarty nic nie zmieniłem.
Waga leci powoli, ale leci. Zero presji, zero potrzeb, koń zwalony. Mógłbym próbować urwać dodatkowe 200kcal i szybciej chudnąć, ale czułbym więcej stresu, myślałbym ciągle o żarciu, a mi nie o to chodzi. Dla przykładu celuję w 2500kkcal dziennie i to mi zakłada deficyt 300-500kkcal. Jak jednego dnia zjem 2700kkcal, to nie próbuję kolejnego dnia tego odrabiać, bo to wciąż jest jakiś deficyt. Dużo pomogło mi porzucenie podejścia "wszystko albo nic", które jest męczące psychicznie i dla mnie nie do utrzymania w dłuższej perspektywie, bo mam słabą wolę.
Sama dieta mnie nie męczy prawie w ogóle, bo jem wszystko co jadłem, męczy mnie trochę wpisywanie tego do apki. Jak jeszcze jem pakowane rzeczy z kodem kreskowym to jest git. Gorzej jak jem coś niestandardowego, to wtedy trudno mi się wstrzelić z wartościami i jest to upierdliwe/demotywujące.
Za to przede mną dwutygodniowe wakacje i nie zamierzam na nich liczyć kcal, ani specjalnie ograniczać się w jedzeniu. Co prawda moje wakacje są zawsze bardzo aktywne, wiec przewiduję utrzymanie masy ciała, za to boję się, że po powrocie do szarej rzeczywistości nie będzie mi się chciało liczyć kcal i pozostanę świniakiem :c