Są na świecie różne nałogi.
Jednym z głupszych jest robienie biżuterii.
Zaczyna się niewinnie - rozwala ci się zapięcie w ulubionej bransoletce.
Postanawiasz ją sama naprawić, wyszukujesz w necie produkt.
Zapięcie kosztuje złotówkę, albo pięć złotych za 10 sztuk. Dostawa kosztuje 10 zł. Zaczynasz przeglądać sklep, co można by jeszcze wziąć... (This is the end.... zaczyna śpiewać w tle Jim Morrison, thousand yards stare, przebłyski z Wietnamu)
Koraliki popakowane w porcje dilerskie 50, 100 sztuk po 2-3 zł. Żal nie wziąć. Sznurek. Oczka. Łańcuszki. Ani się obejrzysz, a w koszyku masz towaru za 60 pln. No ale, tyle kosztuje to jedna bransoletka w sklepie. A tu masz towaru na co najmniej osiem!
Szybko okazuje się, że brakuje ci co najmniej jeszcze paru rzeczy. Narzędzia, metalowe łączniki, inne pierdolniki. Google podsuwa ci w reklamach kontekstowych rzeczy jak szalone.
Odkrywasz naturalne materiały. Bursztyn, koral, słodkowodne perly, masa muszlowa, labradoryty - te rzeczy już są trochę droższe. 1 sztuka koralika kosztuje 1-2 zł, niektóre jeszcze więcej.
Odkrywasz hurtowych sprzedawców materiału z wszelkich zakątków świata. Hurtem wychodzi tanio, chociaż koszty wysyłki są kosmiczne. No i zazwyczaj taki towar nie jest nawiercony. Kupujesz zestaw z mini wiertarką modelarską.
Potem przydałyby się oprawy na te kaboszony - wciągasz się w spawanie z miedzi. Kupujesz palnik i całą resztę.
Na tym etapie ginie już wszelki zdrowy rozsądek - jesteś już smokiem w ludzkiej skórze, opętana jak Gollum. Gromadzisz kolejne błyskotki - a jak zrobisz z nich biżuterię, uznajesz, że jest tak piękna, że szkoda sprzedawać i zostawiasz ją sobie. Najśmieszniejszą rzeczą w tym wszystkim jest, że ty w zasadzie to nie nosisz biżuterii. Zbierasz to wszystko po to, żeby mieć i podziwiać. Na co dzień chodzisz w bojówkach i butach trekkingowych.
#hobby




