Ryba i Plusk
Mówili na nią Ryba, tak jak na komisarza Rybę, choć nazywała się zupełnie inaczej i żadnym komisarzem nie była. W ogóle nie miała nic wspólnego z policją – Ryba była nauczycielką.
Uczniowie lubili Rybę. Najbardziej lubili w niej to, że zawsze była pogodna. Ryba, niezależnie od aury za oknem, niezależnie od temperatury i ciśnienia, niezależnie od opadów lub ich braku zawsze była uśmiechnięta.
– Niestety, Jureczku, wykorzystałeś w tym semestrze już wszystkie trzy nieprzygotowania, wobec czego zmuszona jestem postawić ci jedynkę. – Tak na przykład w drugim tygodniu września powiedziała Ryba do Jurka Ostrowskiego, a słowa te wypowiedziała z tym swoim nieodłącznym uśmiechem, który z jej twarzy nie zniknął również i wtedy, kiedy tę, bądź co bądź zasłużoną ocenę wpisywała Jurkowi do dziennika.
– To już trzecia! – wykrzyknął Jurek.
– Tak trzecia – zgodziła się Ryba. – Trzy jedynki, a trzy to dokładnie tyle, ile lat już spędzasz w ósmej klasie – dodała, po czym wybuchnęła śmiechem. Jurek Ostrowski również się wtedy roześmiał i było w tym ich wspólnym śmiechu coś niezwykłego, coś co łączyło ich oboje, jakieś wzajemne zrozumienie i obopólna sympatia. Ryba i Jurek Ostrowski często się razem śmiali.
Tak, uczniowie lubili Rybę, a Ryba lubiła uczniów. Wśród wszystkich jednak uczniów, z którymi miała do czynienia przez długie lata swojej zawodowej kariery, Ryba szczególnie polubiła Jurka Ostrowskiego, zresztą polubiła go ze szczególną wzajemnością. To właśnie za sprawą Ryby Jurek Ostrowski, pomimo całkiem niezłych ocen z pozostałych przedmiotów, pomimo piątek z języka polskiego w klasach cztery-siedem, od dwóch lat kończył rok szkolny z jedynką na świadectwie. Niedostateczny z języka polskiego skutecznie uniemożliwiał Jurkowi ukończenie podstawówki, co nieuchronnie wiązałoby się ze zmianą szkoły, a więc również z zaprzestaniem uczestniczenia przez Jurka w lekcjach prowadzonych przez Rybę, a na to Jurek zdecydoanie nie chciał pozwolić.
Już piąty rok z rzędu, odkąd tylko Jurek Ostrowski uzyskał promocję do klasy czwartej, lekcje języka polskiego wyglądały w taki sam sposób. Zaraz po dzwonku, kiedy rozwrzeszczana hałastra dzieciaków, niesiona jeszcze ostatnimi tchnieniami przerwy, głośno zajmowała swoje miejsca w klasie, Jurek Ostrowski już stał przy biurku Ryby.
– Chciałem zgłosić nieprzygotowanie – mówił, a Ryba przez trzy pierwsze lekcje semestru wpisywała ołówkiem przy jego nazwisku „np”, a później, już długopisem, dostawiała kolejne jedynki w coraz bardziej wydłużającym się rządku.
Później Jurek Ostrowski zajmował swoje miejsce w pierwszej ławce, tuż przed biurkiem Ryby (które, z racji niedofinansowania szkoły, również było ławką, taką samą jak te uczniowskie, tylko nazywało się inaczej) i wówczas rozpoczynało się misterium. Lekcje języka polskiego nie były zwykłymi lekcjami, były czymś dużo większym. W czasie lekcji języka polskiego Jurek Ostrowski dyskutował z Rybą na wszystkie możliwe tematy. Rozprawiali o etyce, ontologii, teorii poznania i podejmowali wiele innych tematów, a ciężar tych rozmów i czynionych w nich spostrzeżeń był tak duży, że, gdyby tylko ktoś te rozmowy spisał, można by je pomylić z dialogami Platona. Tak, można było te rozmowy Jurka Ostrowskiego z Rybą pomylić z rozmowami Platona z Sokratesem, o ile tylko założyć, że ci dwaj wielcy filozofowie czytywali kiedyś Muminki.
Nie ma jednak ludzi bez wad (oprócz, rzecz jasna, Jurka Ostrowskiego) więc nawet i Ryba miała swoją przywarę. Kiedy nadchodził drugi tydzień maja, kiedy organizowany był w Zielonej Górze coroczny zjazd miłośników Ani z Zielonego Wzgórza, Ryba brała tydzień urlopu i przez całe długie pięć dni nie pojawiała się w szkole. Jurek Ostrowski cierpiał wtedy, cierpiał męki straszliwe. Męki Jurka były już wystarczająco straszliwe z powodu tęsknoty za Rybą, a ich straszliwość potęgowana była dodatkowo przez panią Orzeszkową, która Rybę zastępowała.
– Dobrze, już dobrze. Zamknij gębę i siedź tam cicho – uciszała Jurka pani Orzeszkowa głosem tak beznamiętnym jak opisy przyrody, kiedy Jurek chciał rozwinąć któryś z wątków omawianego właśnie tematu, a później pani Orzeszkowa takim samym głosem kontynuowała swój wykład aż do dzwonka, którego dźwięku, obwieszczającego uczniom koniec męczarni, często zdawała się nie zauważać. Pani Orzeszkowa gadała, Jurek cierpiał i tak właśnie wyglądał każdy drugi tydzień maja w przeciągu ostatnich pięciu lat. W tym roku zdarzyło się jednak inaczej.
Było już trzy minuty po dzwonku. Do sali, nawykowo pochylając się w drzwiach, wszedł ubrany w czerń wysoki, brodaty mężczyzna w okularach. Zwyczajny rozgardiasz, który panował w klasie dotąd, dopóki nauczyciel nie uderzył dziennikiem w swoją szumnie nazywaną biurkiem ławkę, ucichł natychmiast. Uczniowie zadarli głowy i wpatrywali się w tę postać, której pojawienie się zaskoczyło wszystkich. Mężczyzna, charakterystyczny z powodu swojego wzrostu, był znany w mieście jako cieć na obiektach wojskowych, ale od kiedy na świecie zapanował powszechny pokój i żadne wojsko nie było już więcej potrzebne, stał się bezrobotnym. Mężczyzna miał jednak swoje zobowiązania – musiał wykarmić pająki, psa i żonę, wobec czego zmuszony został do znalezienia innego zajęcia, które, w przeciwieństwie do pływania na supie, przyniosłoby mu jakieś wymierne korzyści finansowe. Wakowało w tamtym czasie wiele stanowisk nauczycielskich, z jakiegoś powodu mało kto chciał zostawać nauczycielem, mężczyzna znalazł więc swoją zawodową niszę w oświacie.
– „Czytać po polsku umiem, pisać też umiem, no to i polskiego mogę nauczać” – pomyślał, a później zrobił tak jak pomyślał. W taki właśnie sposób Marek Plusk został nauczycielem.
Marek Plusk w pełnej napięcia ciszy przemierzył salę. Przeszedł przed tablicą, ale zanim jeszcze zdążył zająć miejsce na, nazwijmy to jeszcze szumniej, ponieważ zmierzamy już do finału opowiadania, stawka powinna więc urosnąć: katedrze, przy ławce nazywanej biurkiem stał już Jurek Ostrowski.
– Chciałem zgłosić nieprzygotowanie – powiedział.
– C⁎⁎j w twoje nieprzygotowanie – odparł nauczyciel. – I tak wszyscy umrzemy.
***
#naopowiesci
#zafirewallem
***
POSŁOWIE
Wczoraj wieczorem, tak zupełnie bez przyczyny, przypomniały mi się słowa kolegi @fonfi z komentarza pod jakimś starym opowiadaniem, gdzie napisał, że (cytuję z pamięci) „ponieważ to opowiadanie w kawiarence, tylko czekałem aż gdzieś pojawi się wysoki mężczyzna z psem”. No i się pojawił. Pojawił mi się w głowie, razem z pomysłem na ten pierwszy akapit, a później to już jakoś poszło, strumień świadomości popłynął. Spisałem te rozchwiane myśli z wczorajszego wieczora w jakąś tam, mam nadzieję w miarę spinającą się całość i będziemy mieć co najmniej dwa opowiadania w przedłużonej edycji naszego konkursu. Ale najważniejsze dla mnie jest to, że dawno się tak dobrze przy pisaniu opowiadania nie bawiłem.