Przed studiami mialem okazje nasluchac sie informacji, ktore niespecjalnie zgadzaly sie z rzeczywistoscia.
Pomijajac historie o mitycznych upierdalaczach, poprawianiu analizy matematycznej az do inzynierki, duzo mi mowili, ze pierwszy rok jest przejebany, a od drugiego jest juz latwiutko.
Teraz moge sie do tego odniesc. Ludziom chyba pierwszy rok sie pomylil ze stopniem. Nie potrafilem odnotowac specjalnej roznicy w poziomie trudnosci studiow na inzynierce, moze troche w tych ostatnich semestrach prowadzacy sie mniej czepiali i byli bardziej laskawi. Mowili mi, ze od drugiego roku wykladowcy nas szanuja, bo wiedza, ze skoro po pierwszych dwoch semestrach nie wykitowalismy, to jestesmy nie byle kim.
To jest gowno prawda. Prawdziwa roznice moglem poczuc na magisterce, tym bardziej, ze zdecydowalem sie na bardzo malo popularna specjalnosc. Poziom szacunku ze strony prowadzacych nigdy nie byl wyzszy i mozemy autentycznie poczuc sie chciani na naszej uczelni. Dla mnie i znajomych bylo to takie nietypowe, ze az mowilismy sobie "oni chyba sa zdesperowani, zeby nas wciagnac na doktorat". Szczegolnie uwydatnione to jest w przypadku, kiedy przedmiot prowadzi jakis doktorant, albo osoba swiezo po doktoracie, wtedy rozmowa miedzy nami jest niemal jak rowny z rownym.
Poza tym, kolezanka mi mowila, ze na studiach poznam fajnych ludzi. No i tutaj tez nie bylbym zadowolony z pierwszego stopnia. Zwlaszcza, ze przez pierwsze dwa lata ogromna czesc to "hehe, ujebe tego kolosa, bo pilem piwo zamiast sie uczyc". Im blizej konca inzyniera, tym bylo lepiej, ale i tak ciezko bylo o wspolny jezyk. Na magistrze od razu sie mozna bylo zaklimatyzowac i szybko stworzylem swoja klike, ktora caly czas wspolpracujemy i chyba nikt nie moze narzekac. To juz jest norma, ze kiedy prowadzacy mowi o pracy w grupach, to mowimy do siebie "to, co zwykle?" i siadamy razem. Widac, ze potrafimy sie przylozyc, ale wspolpraca powoduje u nas mnostwo smiechu, bo poczucie humoru jest bardzo kompatybilne.
#studia