Ostatnio @cyberpunkowy_neuromantyk napisał bardzo ładny apel by pisać i dzielić się swoimi przemyśleniami na hejto i tym samym sprowokował ten wpis. A będą to moje ostatnie przemyślenia dotyczące przyzwyczajenia i oczekiwań.
Lata temu miałem bardzo silną sportową zajawkę. Tak silną, że treningi z pracy mi nie wystarczyły i dopisałem się do grupy sportowej prowadzonej przez naszego trenera. Chodziłem codziennie na treningi, robiłem postępy, ale jednocześnie w pracy zaczęło się fajnie układać i awansowałem. A awans niczym w Simsach - wiązał się ze zmianą godzin pracy. I tak zamiast 6-14 zacząłem pracować 9-17 i nagle codzienne treningi zaczęły mi kolidować z pracą. po 2 miesiącach oszukiwania się podjąłem decyzję, że rezygnuje z klubu, wracam tylko do tego, co było finansowane przez pracodawcę. Trener pogrymasił, ale powiedział, ze rozumie i no hard feelings.
W zeszłym roku ogarnąłem się i nauczyłem lepiej zarządzać czasem pracy, a że w miedzyczasie się roztyłem to postanowiłem, że wrócę do sportu, a żeby mieć dodatkowego bata nad sobą to wrócę do klubu - z opłaconego treningu ciężej zrezygnować niż z darmowych
Trener zachwycony, od razu gadka, ze to będzie dobry sezon i w ogóle, jak to nie będzie cudownie. Tylko, że mimo iż nic się nie zmieniło to coś mi nie pasowało tym razem, coś uwierało niczym kamyk w bucie. Pierwszy zgrzyt był odnośnie kosztów - chciałem tylko 2 treningi z 6, ale finansowo to się nie spinało, bo pojedynczo były droższe niż cały pakiet, co nie miało najmniejszego sensu. No ale wziąłem pakiet i chodziłem na bieganie i basen. Drugi problem pojawił się zimą, jak przysypało tartan, temperatura spadła grubo poniżej 0°C i stadion został zamknięty. Treningi się przeniosły na alejki nadmorskie, a cena nadal ta sama. No ale trudno, zima zaskoczyła, blablabla, kupiłem wytłumaczenie, a jednocześnie było mi na rękę, bo miałem wtedy poważne problemy zdrowotne i łatwiej było odpuścić trening, bo jest zimno i poza stadionem, niż męczyć się na siłę. Nim śnieg stopniał zdążyłem się wyleczyć, więc jeszcze w mojej głowie paliły się już pojedyncze kontrolki, że coś mi się nie podoba, ale jeszcze nie było tragicznie.
Problem się pojawił, jak Różowa zapisała się na rolki. Bo okazało się, że nagle standardem jest to, że jak jesteś nieobecnym na zajęciach to za nie nie płacisz albo możesz je odrobić. Ba! Jej trener wysyłał do grupy wiadomości w stylu "dzisiaj jest kiepska pogoda, także oficjalne zajęcia odpuszczamy i odrobimy w dogodnym terminie, a jak ktoś się nie boi deszczu to zapraszam na darmowe zajęcia". Mózg mi to rozwaliło. Że można. Że się chcę.
No ale kontynuowałem swoje treningi, aż w maju złapałem zapalenie zatok. Odpuściłem więc w związku z tym treningi basenowe i powiedziałem, że już do końca sezonu na basen nie przyjdę, bo z 8 zajęć moge być tylko na 2, a to nie jest dla mnie interes. I zaczeło się marudzenie, że przecież zobowiązałem się, że tak dobrze mi już szło, że przecież dostałem rozpiske na maj i w ogóle, że przecież mieliśmy umowę, że cały sezon. Sęk w tym, że umowy jako tako nie mieliśmy, a cała rozmowa "motywacyjna" odniosła odwrotny skutek niż zamierzony - dokończe treningi biegowe w tym sezonie, ale od następnego odpuszczam na 100% basen, a z bieganiem to zobaczymy kiedy mi bieżnie otworzą przy szkole.
A czemu ten wpis miał dotyczyć przyzwyczajeń i oczekiwań? Bo przez lata się przyzwyczaiłem do bylejakości. Do tego, że przecież to normalne, że jak się nie pojawisz to przepadło i nie ma co liczyć na rekompensatę. I gdyby nie Różowa to pewnie byłbym niezadowolony, ale się z tym godził, bo przecież tak jest. A teraz wiem, że skoro płacę niemałe pieniądze to mam prawo oczekiwać więcej. Zwłaszcza, że opieka trenerska jest uzależniona od humoru - jak ma dobry to poświęci Ci mnóstwo czasu i uwagi, ale jak nie ma humoru, to lecisz z rozpiską i tyle. Nawet wyniki testu w tym roku sami sobie przeliczaliśmy....
#gownowpis