Nigdy nie zrozumiem idei świąt oraz towarzyszącym jej rzeczom, nigdy nie zrozumiem tej całej nerwowości, gorączki przygotowań, wzajemnej wrogości i tego całego galimatiasu, jaki wokół świąt powstaje. Święta powinny być czasem bliskości rodziny, pojednania, spokoju, porządku i ładu. Powinny być czasem spędzonym spokojnie, w gronie bliskich, powinny być czasem odpoczynku, przebaczenia i relaksu, a jak mniemam, koledzy, nie tylko u mnie jest wręcz przeciwnie. Święta nie są czasem relaksu, odpoczynku i zgody, a czasem wyładowania złych emocji na kimś, czasem nagromadzenia przeróżnych frustracji, czasem waśni, sporów, sprzeczek oraz pijaństwa. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do tradycji czy religijnej otoczki świąt, obrzędów nie uznaję za coś niedobrego i nie widzę w nich nic złego. Po prostu przeszkadza mi fakt, że założenia świąt, a to, jak te święta wyglądają w rzeczywistości to dwie, zgoła odmienne rzeczy. Ludzie skupiając się na przygotowaniach, zdają zapominać o innych, ważniejszych rzeczach. W całym tym świątecznym tłumie i motłochu wszystkiego, co negatywne giną empatia i wzajemna życzliwość, w całych tych przygotowaniach, skupienie pada na tradycje, jednak nie jest ona kultywowana jako coś, o czym mamy pamiętać, a jako coś, co jest przykrym obowiązkiem. Gromadzą się za to jad oraz wzajemna znieczulica.
#przegryw
