Mówią, że z poezji nie da się wyżyć. Że poezja nikogo nie nakarmi. Nie mają racji. Najlepszym dowodem na to niech będzie fakt, że kiedyś mnie samego pewne zdarzenie, jakby nie patrzeć związane jednak z poezją, bo wynikłe ze spotkania z tą poezją związanego, ocaliło od śmierci głodowej. Nie pamiętam czy podziękowałem wtedy za to, a że podobno lepiej późno niż wcale, to, żeby moje chamstwo i niewychowanie nie wyszło na jaw, na wszelki wypadek nadrabiam tamto podziękowanie teraz:
***
@Wrzoo, dziękuję
(nawet nie za to, że poprzedniej edycji nie wygrałem, choć i za to również)
W miesiącu lipcu minionym rokiem
początek daliśmy kawiarni spędom
– „Jacy na żywo ci ludzie będą
z którymi w necie piszę głupoty?”
W różowe kwiatki ktoś przyniósł tam kocyk:
browary żłopią, precelki jedzą
tak sobie razem nad Wisłą siedzą,
a ja – spóźniony po długim locie –
dotarłem z uczuciem w żołądku pustości.
– „No zaraz mnie tutaj chyba zagłodzą!” –
myślałem cierpiąc skręty wnętrzności.
@Wrzoo dała mi rogal, męki me słodząc
a ja, targany głodem straszliwym,
zjadłem go wtedy na dwa czy trzy gryzy.
***
#nasonety
#zafirewallem