Człowiek wracał do domu w piątek po szkole i odpoczywał całe popołudnie. W sobotę prace porządkowe w domu i w ogrodzie. W niedzielę rano wstawało się o 9 i na 10 jechało do sąsiedniego miasta na zakupy do centrum handlowego. Nie było tłumów, nie było korków. Wszystko w miarę równomiernie się rozkładało na piątek, sb i nd. W sklepach pracowali w większości studenci z polibudy. Po powrocie z zakupów w niedzielę człowiek siadał, zajadał upieczone w sobotę ciasto i do końca dnia odpoczywał w porządku i ciszy.
Pytam się komu to przeszkadzało?
A dzisiaj? Piątek i sobota to dzikie tłumy na zakupach. Tracisz pół dnia, stojąc w kolejkach i korkach żeby kupić dziecku buty do przedszkola. Po połowie dnia już masz tak dość, że nawet ci się sprzątać nie chce. A niedziela? Wyjdziesz z kosiarką albo porobić cokolwiek glośniejszego do ogródka to zaraz połowa krzywo patrzy i marudzi.
Paradoksalnie niedziele zrobiły się głośniejsze bo ludzie zamiast bezczynnie siedzieć to biorą się za robotę w domu i w okół.
Na pewno pracownicy marketów się ucieszyli z tego, że mają wolną niedzielę i z tego, że muszą zasuwać do 23 w sobotę.