Dyskusja użytkownika splash545
Dziennik wyprawy wakacyjnej 23
Czyli
Eurotrip
Odcinek 8 -wyjazd z Chorwacji, langosz i Słowacja
Wstaliśmy wszyscy o 6:30. Byliśmy już w miarę spakowani, trzeba było tylko poznosić graty do auta.
Gdy już się ogarneliśmy z robotą, napisałem do naszej gospodyni żeby przyszła. Wczoraj pisała na watsapie z pytaniem czy może przyjść rano nas pożegnać.
Po niedługiej chwili zjawiła się z torbą w ręku, którą nam wręczyła. W środku był breloczek i magnes a oprócz tego była mała butelka 0,25 rakiji
My również wpadliśmy na pomysł żeby się fajnie pożegnać i na stole zostawiliśmy 4 zimne żuberki z kartką, na której było napisane po chorwacku (przy użyciu translatora) "Dziękujemy za gościnę. Wszystko było idealnie, super apartament i obsługa
Kilka minut po 8 ruszyliśmy w trasę z wyjącym mostem. Było nam szkoda opuszczać Chorwację, ale mieliśmy trochę miększe ladowanie niż powrót do Polski do pracy, ponieważ jeszcze mieliśmy zarezerwowane 2 noclegi w Tatrach Słowackich.
Do Słowacji jechaliśmy tą samą trasą jaką tu przyjechaliśmy i po drodze zaplanowaliśmy przerwę na obiad w Siofok nad Balatonem.
Będąc tam zamówiliśmy po langoszu w barze nad jeziorem, w którym poprzednio jedliśmy zupę gulaszową. Tym razem jednak trudności w dogadaniu się połączone ze słabą obsługa poskutkowały tym, że czekaliśmy prawie pół godziny na posiłek, a finalnie okazało się, że nasze langosze leżały przez 15minut na stoliku u innych klientów. Właściciel baru zabrał je ze stolika i tak je nam dał. Nie zdziwiło nas specjalnie to, że były zimne i ser przykleił się do papieru w którym były zapakowane. Wziąłem to papierowo-serowe zawiniątko i poszedłem z reklamacją. Właściciel nie widział żadnego problemu, dla niego było wszystko ok. Nie chciałem odpuścić, to wkurwiony zabrał te langosze i oddał mi pieniądze. Poszliśmy do knajpy obok i tam zjedliśmy po langoszu, nie były złe ale fanami nie zostaniemy. Langosze nie miały podlotu do foccaci, które ostatnio jedliśmy w Siofok we włoskiej knajpce.
Po niezbyt udanej wizycie w Siofok, ruszyliśmy w dalszą drogę. Most chyba wył coraz głośniej, a każdy z nas modlił się tylko o to, żeby szybko ogłuchnąć i nie musieć już do końca życia słyszeć tego upiornego dźwięku.
W pewnym momencie poprosiłem żonę, żeby dała mi słuchawki douszne. Wsadziłem je w uszy nie podłączając do niczego i poczułem trochę ulgi. Moje niewyspanie i częściowe odcięcie od rzeczywistości spowodowało, że oczy zaczęły mi się same zamykać, czym prędzej więc oddałem słuchawki właścicielce.
12 godzin masakrycznej podróży w akompaniamencie wyjącego dyferencjału, prawie doprowadziło nas do obłędu. Widok gór i słowackich lasów, tchnął w nas jednak odrobinę nadziei.
Wyjąc przejeżdżaliśmy przez górskie serpentyny i obserwowaliśmy jak wszelkie zwierzęta i leśne duchy uciekają pospiesznie, tylko nas usłyszawszy.
Wreszcie o 21 dojechaliśmy na miejsce. Klucze były w drzwiach, weszliśmy i chcieliśmy tylko się położyć i jak najszybciej zasnąć.
Wnętrze chaty, którą wynajęliśmy za grosze, przerosło jednak nasze najśmielsze oczekiwania i troszeczkę wynagrodziło trudy podróży
Następne 2 godziny spędziliśmy na zwiedzaniu domu, o czym można sobie poczytać w tym poście:
https://www.hejto.pl/wpis/siemanko-kasie-i-ziomeczki-wink-nie-mam-pojecia-jak-mi-sie-to-udalo-ale-wynajale


