Hejto.pl

917 + 1 = 918


Tytuł: Wystarczy być

Autor: Jerzy Kosiński

Tłumacz: Julita Mirkowicz

Kategoria: literatura piękna


Ocena: 6/10


#bookmeter




bez zbędnej zwłoki zabrałem się za Wystarczy być pana Jerzego Kosińskiego, które to ponoć miało być plagiatem utworu napisanego przez pana Dołęgę-Mostowicza, który to utwór w roku 1970, roku wydania Being there, w Stanach Zjednoczonych nie był znany.


***


Wystarczy być to króciutka książeczka, zamykająca się gdzieś w jednej czwartej objętości Kariery Nikodema Dyzmy i w związku z tym dużo od niej mniej rozmaszysta. To jej minus. Jeśli zaś chodzi o fabułę, to podobieństwa są znaczne. Tak samo jak u pana Dołęgi-Mostowicza główny bohater (Ross O’Grodnick – świetne tłumaczenie oryginalnego Chauncey’a Gardinera) jest człowiekiem znikąd, który wskutek zbiegu okoliczności zostaje wywindowany na sam szczyt. Tak samo jak Nikodem Dyzma, Ross O’Grodnick trafia do domu, który staje się dla niego trampoliną do dalszej kariery, a dom ten stanowi bezdzietne małżeństwo młodej kobiety z dużo starszym mężczyzną. Różnice oczywiście są, choćby w charakterze bohaterów – Nikodem Dyzma jest oportunistą, korzystającym po prostu z tego, co mu się przytrafia, u O’Grodnicka wszystko dzieje się przypadkiem i całkowicie bez udziału jego woli. Zupełnie innym bohaterem niż Leon Kunicki u pana Dołęgi-Mostowicza jest też Benjamin Rand – starszy mąż młodej żony, do którego domu trafia główny bohater. Inne różnice wynikają wprost z czasu i miejsca akcji – Warszawa z lat dwudziestych ubiegłego wieku była jednak inna niż Nowy Jork z lat siedemdziesiątych – zupełnie inne były stosunki społeczne, zupełnie inny system polityczny, zupełnie inne możliwości techniczne. Te wszystkie rzeczy, stanowiące w Karierze Nikodema Dyzmy istotny element powieści, w Wystarczy być moim zdaniem zostały tylko zarysowane.


***


Zapoznawszy się z materiałem dowodowym, wydaję werdykt: uznaję pana Jerzego Kosińskiego (rozumianego jako bohatera literackiego, o czym pisałem tutaj) winnym, ale nie winnym plagiatu. Wina pana Kosińskiego, moim zdaniem, polegała na czymś zupełnie innym.


Uzasadnienie werdyktu: w literaturze znane są przypadki reinterpretacji albo nawet ponownego napisania znanej już historii. Tak zrobiła pani Barbara Kingsolver przenosząc w czasie Davida Copperfielda (w książce Deamon Copperhead, co wyszło jej świetnie), tak zrobił też (a zrobił to w roku 1945, a więc na długo przed panem Kosińskim) pan Mika Waltari nazywając Don Kichota imieniem Sinuhe (Egipcjanin Sinuhe, też świetna pozycja) i nikt nie robił z tego wielkiego problemu. To, co zarówno pani Kingsolver, jaki i pan Waltari zrobili inaczej niż pan Kosiński, to otwarte przyznanie się do tego, skąd wzięły się pomysły na ich książki. Pan Kosiński postąpił inaczej. Pan Kosiński, wywindowany skandalem związanym z mitem, jaki stworzył wokół siebie po wydaniu Malowanego ptaka, uparcie twierdził, że Wystarczy być jest książką całkowicie napisaną przez niego. Więcej! – pan Kosiński upierał się, że nie zna takiej książki jak Kariera Nikodema Dyzmy, czemu przeczyli świadkowie, którzy, znając go jeszcze z Polski, zeznali, że była to jedna z jego ulubionych w tamtym czasie pozycji. Dodawszy do tego trwające spory z krytyką (o czym dowiadujemy się z Good night, Dżerzi), nie ma co się dziwić, że historia pana Kosińskiego skończyła się tak, jak się skończyła.


***


Czytając Karierę Nikodema Dyzmy miałem dziwne wrażenie (być może sobie coś dopowiadałem), że jest to inna wersja historii pana Jerzego Kosińskiego. Tak jak Nikodem Dyzma, tak i pan Kosiński mógł być człowiekiem, który znalazł się wysoko trochę w wyniku przypadku i w sposób, który jego samego zaskoczył. Tak jak Nikodem Dyzma, pan Kosiński mógł robić wszystko po to, żeby sprawa się nie rypła, a kiedy pojawiały się kolejne możliwości, dalej chciał je wykorzystywać. Tyle że zakończenie obu tych historii jest zupełnie inne. To ciągle moje wrażenie, ale wydaje mi się, że tak jak książkowy Nikodem Dyzma wiedział kiedy przestać, wiedział, że dalej już się nie uda, tak pan Kosiński ten moment przegapił. I być może jego historia skończyłaby się zupełnie inaczej, gdyby w odpowiednim momencie zastosował się do tego, co sam (ponoć) w Wystarczy być napisał:


Dopóki nie patrzy się na ludzi, oni nie istnieją.

dc4476aa-af7d-494d-8741-05fca89e079c

Komentarze (6)

@George_Stark jak czytałam o retellingach klasyków, a potem nieudolnej obronie Kosińskiego przed zarzutami, przypomniała mi się podobna inba związana z powieścią "Panie z Missalonghi", będącej plagiatem "Błękitnego zamku" Montgomery. Autorka "Pań z Missalonghi", Colleen McCulloch, broniła się przed zarzutami na zasadzie, że może w dzieciństwie rzeczywiście przeczytała "Błękitny zamek", ale w sumie to nie pamięta, ale jej widocznie zostało podświadomie w pamięci. Chyba w końcu to uznali, bo na zachodzie, w przeciwieństwie do PL, ta książka jest niemal całkowicie zapomniana.

@Telezajaczek Ja się absolutnie zgadzam, że tak mogło być. Sam kiedyś pisałem opowiadanie o wampirach, głównemu bohaterowi dałem imię Lester. Później, już przy redakcji, zmieniłem na Lestaat, sam nie wiem dlaczego. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jeden z czytelników powiedział przy lekturze "o, Lestat, jak w Wywiadzie z wampirem". Wywiad z wampirem widziałem ze dwadzieścia lat temu, nic nie pamiętam i na pewno w tej zmianie nie było świadomej inspiracji, nie mówiąc już o jakiejkolwiek próbie reinterpretacji czy plagiatu.


Zresztą, takich mitów w historii literatury jest pełno. Choćby to, że Przeminęło z wiatrem to nie jest, wbrew stworzonej przez autorkę o samej sobie legendzie, jedyne dokonanie literackie pani Mitchell. Z panem Remarque'm też nie do końca było tak, jak chciał być widzianym, czy nawet "nasz" "romans" pani Bondy z panem Mrozem albo prawdziwa tożsamość Jakuba Jarno. Kilka takich przypadków opisał pan Werner Fuld w swojej Krótkiej historii książek zakazanych.

@George_Stark co dokładnie miałeś na myśli odnośnie Mitchell? Ona chyba już w liceum pisała opowiadania do lokalnych gazet, więc w tym sensie GWTW nie było jej jedynym dziełem, zresztą anglojęzyczna Wiki podaje dwie powieści, które napisała wcześniej. Być może napisałaby o wiele więcej, gdyby nie przedwczesna śmierć.

A z Mrozem i Bondą to od początku była ustawka i każdy z IQ powyżej 90 to widział, chociaż po tym, jak Mróz opisał Chyłkę, można wysnuć przypuszczenie, że nie pogardziłby szczupłym milfem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Ja osobiście jestem ciekawa, ile osób stoi za projektem Pokolenie Ikea, bo dla mnie to też od początku jechało typowo marketingowym projektem wannabe redpillowców.

@Telezajaczek


co dokładnie miałeś na myśli odnośnie Mitchell?


Pic rel. Niech pan Fuld sam się broni, bo może pieprzył głupoty, a ja mu uwierzyłem.


i każdy z IQ powyżej 90 to widział


Pytanie, jaki ci "każdzi" stanowią procent społeczeństwa. Bo, mam wrażenie, to się całkiem nieźle sprzedało, co w sumie nie jest jakoś szczególnie zaskakujące, zwłaszcza w kontekście dyskusji inspirowanej Nikodemem Dyzmą.


A co do Pokolenia Ikea, to miałbym kilka zarzutów, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby zastanawiać się ile i jakie to osoby. Choć nie czytałem tego dużo, o ile w ogóle, bo mogło mi się z Malcolmem XD pomylić.

ec36eb7c-4428-4887-b47f-912c755e7801

@George_Stark hmm, z tego akapitu, który wrzuciłeś, bije vibe, jakby to autor chciał wmówić, że Mitchell kreowała się sama na autorkę one hit wonder, a mi się wydaje, że po prostu mogła się wstydzić swoich młodzieńczych wypocin, uważać je za niedoskonałe i dlatego kazała usuwać po nich wszelkie ślady, ale niekoniecznie świadomie zaplanowała bycie autorką jednego hitu. Jak już wspomniałam, zmarła przedwcześnie i ciężko powiedzieć, czy miała dalsze plany literackie po GWTW, ale nie zdążyła ich zrealizować, czy zamierzała się wycofać w cień jak Cyncynat.


Mróz i Bonda sprzedawali się i sprzedają bez tego, związek pod publiczkę był im niepotrzebny.


Ciesz się, że tego nie czytałeś, bo to rak instant xD Generalnie Pokolenie Ikea to na początku był taki lekko redpillowy Kominek w realiach korpo, ale potem osoba (osoby?) prowadząca ten projekt pokapowała że zamiast przyciągać Mariuszków łapiących się na hasło, że wszystkie kobiety to suki i wgl całą otoczkę warszawskiego korpo chada podmiotu lirycznego, przyciągają na te wysrywy Grażynki i Julki i całość bloga oraz pożal się Boże książek skręciła w stronę złotych myśli z demotywatorów na zasadzie "pamiętaj księżniczko, łobuz nie kocha najbardziej", podbudowanymi jakimiś całkowicie wyssanymi z dupy opowieściami.

@Telezajaczek


Ciesz się, że tego nie czytałeś


Ale ja bardzo lubię czasami poczytać bardzo złą literaturę! Choć w moim kanonie złej estetyki przoduje jednak literatura socjalistyczna.

Zaloguj się aby komentować