Marudziłem ostatnio na rozwaloną kostkę, a tą samą kostką zrobiłem życiówkę (142), mając przed startem ewentualną nadzieję na złamanie 2h. A wszystko po około 5h snu, bo przecież trzeba było aktualizacje serwerów walnąć w nocy. Wszystkie zakręty w lewo pokonane w stylu kulawej kaczki, a zostało jeszcze pary, żeby ostatnią prostą bliżej 4min/km zrobić. Szkoda, że meta była przed 21 kilometrem (xD) i po odebraniu pięknego medalu, trzeba było wlecieć do lasu, coby dokręcić. Zdaniem organizatora to magiczna aura małego lotniska, po którego płycie pasu startowego biegliśmy, ponoć była powodem kolektywnego zwariowania zegarków. Tak było, nie zmyślam, wcale nie było tak, że sobie nie poradzili z domierzeniem.
@pluszowy_zergling Chcieć to mi się chce co tydzień, nie kłamiąc. Ale zwykle mam long runy na sobotę planowane i to mi psuje szyki. W moim harmonogramie niedziela jest przeznaczona na gotowanie rosołku i leżenie brzuchem do góry, więc ten weekend się robi ciasny na dłuższe wybiegania