Świetna "gra" dla ludzi którzy nie lubią grać. Ja nie dałem rady dotrwać do końca. Wszystko totalnie "na szynach", wszędobylski "hand holding" i totalna ułuda swobody której nie ma wcale. Słaby film udający grę. Każda misja to schemat: pokręć się po okolicy, naciśnij x żeby kogoś podsłuchać, wybierz jedną z dwóch dróg prowadząca do dokładnie tego samego sposobu wykonania zadania oglądając w międzyczasie trzydzieści sześć cutscenek.
Nie można używać broni dopóki przeciwnicy pierwsi nie strzelą a nie zrobią tego bo zaimplementowano "system" walki - dwie piąchy i kop a oponenci mają dwa (!!!) komba uderzeń. Wszystkie starcia można przejść używając jedynie dwóch przycisków - unik oraz piącha i gdyby nie absurdalnie złe działanie kamery to nie trzeba by było nawet dotykać gałek. No Batman byłby dumny. Strzelanie? Sami broni nie wyciagniemy "bo tak" a jak już do strzelaniny dojdzie to mamy pistolet z jednym magazynkiem, tysiąc wrogów lecących na nas i zostawiających po sobie gnaty z pięcioma nabojami na krzyż. Sztuczna inteligencja? Postrzel typa oszałamiającym gadżetem stojąc naprzeciw niego metr dalej w pomieszczeniu pełnym ludzi i voilla - nikt nie reaguje, wszystko luz, wchodź pan. Pacing? Napiszę tylko, że tutorial trwa ze cztery godziny a pierwszy strzał oddajemy w piątej. Mamy też momenty w których prowadzimy pojazdy których model jazdy przypomina marketowy wózek a droga do celu to linia prosta. Jak na amerykańskich hajłejach - cały czas prosto a w czwartek w lewo. Fabuła? Miałka i jest tylko żeby być ale to tylko ułamek problemu bo postaci wcale nie lepsze - bezpłciowa M, czarna Yo! Moneypenny, check i Q kompletnie bez wyrazu a jedyny w miarę spoko poboczny heros który pojawia się na niecałe 20% gry to trochę mało A, jest jeszcze przerysowany do potęgi Lenny Kravitz który znika po chwili najwyraźniej goniąc na kolejną chałturę i główny złol ewidentnie wzorowany na Elonie M. Jedyny pomagier, grany przez Jeffreya Wrighta na którego liczyłem jest tak cyniczny i przesiąknięty sarkazmem, że nawet mnie to nie bawi. Grafika z poprzedniej epoki, wymagania z przyszłości, Uncharted 4 sprzed miliona lat wygląda lepiej a działa na ziemniaku. Cała ta produkcja to kompletnie pusta mainstreamowa wydmuszka przy której można zasnąć bo chyba o to chodziło w misji Knightfall. Nawet tytułowa piosenka śpiewana przez Lizzy Grant którą lubię nie zapadła mi zupełnie w pamięć. Jedyny pozytyw to Patrick Gibson który paradoksalnie przypasował mi w roli młodego agenta 0,7. Kod na to udające grę coś dostałem do karty graficznej i o żesz k⁎⁎wa jak ja żałuję tej zawrotnej stówki którą za niego mogłem dostać na allegro. W porównaniu do tego ścierwa owa kwota jawi mi się jako milion dolarów. Ale hej, miliony much nie mogą się mylić bo produkcja sprzedaję się ponoć jak ciepłe bułki.