#neuromantykpisze

1
9

„Exist: Loner”


Tekst można przeczytać także na moim blogasku: https://cyberpunkowyneuromantyk.blogspot.com/2024/05/exist-loner.html


#neuromantykpisze


„EXIST. Loner” to pierwszy tom z trzech zaplanowanych na ten moment (14 grudnia 2024 r.) komiksów autorstwa Moniki Laprus-Wierzejskiej.


Pierwotnie autorka publikowała go w internecie, na stronie tapas.io, gdzie jest dostępny nawet dzisiaj. I jak to czasami bywa w przypadku internetowej twórczości, po dwóch latach autorka postanowiła wydać komiks na papierze. W tym celu utworzyła zbiórkę na Wspieram.to, podczas której zebrała 139% zakładanej kwoty. Również dołożyłem swoją cegiełkę, dzięki czemu zostałem posiadaczem papierowego egzemplarza.


Młoda hakerka, Senes, jest jedną z Uzdolnionych (albo Magów, jak sami siebie nazywają). „Dzięki naturalnie zmodyfikowanemu kodowi genetycznemu potrafią wchodzić do Cyberprzestrzeni bez wykorzystywania kabli i środków farmakologicznych, kontrolować elektryczność, leczyć rany, a nawet wchodzić do umysłów innych, aby poznawać ich tajemnice, manipulować nimi czy zabijać” - taki fragment ekspozycji zostaje nam przedstawiony na wstępie, wyjaśniając między innymi wyjątkowość bohaterki.


Ta wiąże się także z tym, że dziewczyna nie wykorzystuje swoich umiejętności, by zarobić niebotyczne pieniądze czy dla samego faktu zaszkodzenia złym korporacjom. Poszukuje odpowiedzi na pytanie, kim jest zawsze obecny w Cyberprzestrzeni czarnooki mężczyzna. W poszukiwaniach tych trafia najpierw do kapłanki voo-doo (pisownia oryginalna), a potem staje się przedmiotem zainteresowania „Czarnego Krzyża”, który wyszukuje oraz obserwuje Uzdolnionych, by odpowiednich kandydatów zaprosić do organizacji. Sama główna bohaterka przypomina mi trochę typową Mary Sue - wyjątkowo uzdolniona, ironiczna/sarkastyczna, nawet z największych opałów wychodzi cało.


Niestety, nie mogę wypowiedzieć się pozytywnie o fabule. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest jednoznacznie zła - po prostu mi się nie spodobała. Wyraźnie widać, że stanowi jedynie wstęp do czegoś większego. Problem mam także z dialogami, które w moim odczuciu wydają się strasznie niedojrzałe – główna bohaterka często rzuca tekstami w stylu dowcipnych uwag i ripost, wymyślanych przez początkujących poszukiwaczy przygód czy superbohaterów.


„EXIST. Loner” przede wszystkim oczarowuje rysunkami. Monika Laprus-Wierzejska wykonała świetną pracę. Jej styl z lekka przypomina mangę. Ilustracje utrzymane są w czerni, bieli i odcieniach szarości, inne kolory, głównie niebieski, pojawiają się bardzo rzadko. Autorka postarała się o zachowanie proporcji postaci – nie są przerysowane. Realistyczne rysunki zdecydowanie wpadają w mój gust.


Dlatego chciałbym zobaczyć współpracę autorki z jakimś scenarzystą/pisarzem, podczas której mogłaby w pełni skupić się na warstwie wizualnej, zostawiając opracowanie fabuły komuś bardziej uzdolnionemu literacko.


Autorce udało się przemycić także kilka nienachalnych easter-eggów, jak ogłoszenie o sprzedaży opla czy nazwa klimatyzacji „Turbo Klima 2000”. Fajne smaczki.


Na koniec muszę pochwalić dwie rzeczy: to, że komiks ujrzał światło dzienne po udanej zbiórce (a to wcale nie jest takie oczywiste) oraz samą jakość druku/wykonania. Nie mam do czego się przyczepić.


Czy polecam komiks? Trudno powiedzieć. Kiedy przeczytałem go po raz pierwszy, bardzo mi się spodobał - na tyle, że gdy pojawiła się informacja o zbiórce na drugi tom, bez wahania ponownie wsparłem projekt. Dzisiaj, po prawie pięciu latach od premiery i ponownym przeczytaniu, uważam, że jak to na debiut przystało, historia jest niestety niedojrzała literacko i nie dorównuje warstwie estetycznej, która z kolei jest fenomenalna według mnie.


Krótkie info:


Scenariusz: Monika Laprus-Wierzejska

Rysunki: Monika Laprus-Wierzejska

Wydawca: Monika Laprus-Wierzejska

Liczba stron: 52

Premiera: 18.09.2019


#cyberpunk #czytajzhejto #hejtoczyta #komiksy #komiks

f61766c5-9b97-44c7-8809-bc5ec2e10f2e
f9fc4fdb-043b-42d1-9c7b-34bd69d4aef0

Zaloguj się aby komentować

„2084”


Opinię można przeczytać także na moim blogasku: https://cyberpunkowyneuromantyk.blogspot.com/2024/11/2084.html


#neuromantykpisze


„2084” to cyberpunkowa strzelanka od studia „Feardemic”. W końcu postanowiłem zająć się tym tytułem, ponieważ leżał na samej górze mojej kupki wstydu i mnie mierził. Dlaczego mierził – o tym napisałem troszkę dalej. Najpierw odpowiem jednak na pytanie „jak się w to grało”? 


Strzelanie jest tutaj… naprawdę kiepskie. Gracz ma do dyspozycji zaledwie jedną broń – karabinek, który strzela jedynie ogniem ciągłym. Poprzez hakowanie odpowiednich terminali oferujących amunicję, karabinek można „przeciążyć”, co skutkuje szybszym strzelaniem. Oprócz tego można wystrzeliwać także granaty, ale, szczerze mówiąc, nie należą do najefektywniejszych i w dodatku zużywają amunicję z tej samej puli (dziwne rozwiązanie), więc korzystałem z nich sporadycznie.


Sama rozgrywka przypominała mi trochę „Painkillera”: na prowadzoną przez nas postać biegną grupy przeciwników, a my musimy się ich pozbyć, najlepiej strzelając prosto w głowy. Wrogowie nie należą do najmądrzejszych i często ustawiają się w jednej linii. W ich przypadku można mówić o całkiem niezłej różnorodności – co prawda, wszyscy wyglądają jak pacjenci psychiatryka, poubierani w szpitalne koszule, jednakże różnią się wysokością (pojawiają się nawet zminiaturyzowani przeciwnicy), a część z nich zamiast głowy ma włączony telewizor (o dziwo nie nastrojony na martwy kanał). Telewizory można zhakować, ogłuszając noszącego, jak i towarzyszy zgromadzonych wokół niego.


Jak o hakowaniu wspomniałem: w cyberpunkowej grze nie mogło tego zabraknąć. W „2084” zrealizowane zostało to poprzez bardzo prostą minigierkę. Prawym przyciskiem myszy wystrzeliwujemy „strzałkę”, która po trafieniu w odpowiedni terminal/kamerę/telewizor rozpoczyna krótką minigierkę, polegającą na wciskaniu odpowiednich przycisków WSAD. Towarzyszy temu także spowolnienie czasu, więc nie trzeba się obawiać, że wrogowie nas otoczą i zabiją, jednakże sama minigierka jest też ograniczona czasowo. Czy coś się dzieje, jeśli zawalimy? Nie – trzeba podejść do niej jeszcze raz.


Nie mogło zabraknąć bossów i jak to bywa z moim szczęściem, także tutaj są oni nudni. Nie wiem, czy zaprojektowanie ciekawego pojedynku jest aż tak wymagające, czy ja po prostu jestem zbyt wybredny.


Pierwszy boss to obracający się sześcian, który emituje wiązki laserowe. Wystarczyło schować się za jedną z osłon, wychylać i strzelać – przy odpowiednim ustawieniu laser bossa nawet we mnie nie trafiał i mogłem go bezkarnie ostrzeliwać. Od czasu do czasu wymagane było zhakowanie terminali, później zaś pozbycie się osłon sześcianu również za pomocą hakowania, by móc trafiać w jego centrum. Nic trudnego.


Drugi boss z kolei to znany z „Observer” Janus – tam odźwierny, tu ogarnięty żądzą mordu przeciwnik, który atakuje nas razem ze zgrają pomniejszych wrogów. W jego przypadku starcie również nie należy do wymagających – na niektórych ścianach wiszą kamerkodziałka, więc wystarczy zhakować tarczę Janusa, a potem wspomniane kamerko-działka, by te zadały mu ogrom obrażeń.


Trzeci boss również jest banalny, więc nie będę się o nim rozpisywał. Najbardziej problematyczne w walkach z bossami jest to, że gra jest bardzo klaustrofobiczna. Walki toczy się albo na ciasnych arenach, albo w jeszcze ciaśniejszych korytarzach – brakuje tutaj miejsca i udostępniona mechanika uników (typowy dash we wskazanym kierunku) rzadko jest użyteczna. Chciałbym to porównać do aren znanych z „Dooma”, jednakże w takim porównaniu „2084” wypada baaardzo niekorzystnie.


Poziom z ciasnymi korytarzami jest upierdliwie labiryntowy i niby fajnie, że twórcy strzałkami umiejscowionymi na ścianach wskazują kierunek, w którym gracz powinien się udać. Z drugiej strony dobitnie świadczy to o braku umiejętności do zaprojektowaniu dobrej lokacji. Takie rzeczy powinny wynikać same z siebie, a gracz nie powinien być prowadzony za rączkę, bo inaczej się zgubi.


Warto też dodać, że gra bardzo mocno korzysta z assetów ze wspomnianej już gry „Observer”. To nie tylko recykling jednej z napotykanych postaci, ale praktycznie też pierwszego poziomu przygodówki od studia „Bloober Team”. Sporo wyjaśnia to, że przy „2084” pracowali ludzie wcześniej pracujący przy „Observer” właśnie, jednakże moim zdaniem to pójście na łatwiznę. Dlatego nie będę się wypowiadał o grafice, ponieważ nie jestem w stanie ocenić, ile w tym pracy własnej, a ile kopiuj-wklej z innego tytułu.


Po ukończeniu każdego etapu, którego zwieńczeniem jest walka z bossem, włącza się cutscenka z główną bohaterką, która najwyraźniej odstresowuje się, grając w gierkę w VR. Odniosłem wrażenie, że twórcy starali się wykorzystać każdą możliwą okazję do pokazania piersi (na szczęście w staniku) oraz pupy (na szczęście w spodniach) kobiety. Naprawdę dziwne ujęcia. Cutscenki służą do przekazania strzępków nieinteresującej fabuły.


Dodajmy do tego jeszcze bardzo krótki czas przejścia – „kampania” zajęła mi jakieś trzydzieści sześć minut. Co prawda, odblokowany zostaje tryb bez końca, w którym walczymy z wrogami, dopóki nie padniemy. Zagrałem w to tylko raz, żeby zobaczyć, czy może tutaj znajdę jakieś pozytywy, o których mógłbym napisać. Niestety nie, ale wykorzystałem tę okazję do nagrania, jak wygląda rozgrywka. Link tutaj: https://youtu.be/q6XOKwOyJVY


Chociaż nie, jedna rzecz mi się spodobała – muzyka, która włączała się podczas walk z przeciwnikami. No ale to łyżka miodu w beczce dziegciu.


Dlaczego aż tak pastwię się nad tytułem, który nie przypadł mi do gustu? Równie dobrze mogłem spuścić zasłonę i udawać, że „2084” po prostu nie powstało. Może to masochizm, a może chęć napisania negatywnej opinii, która jednocześnie będzie przestrogą.


No bo wiecie, „2084” wyszło jako Early Access na Steamie. Program ten w założeniach miał dawać mniejszym twórcom szansę na zdobycie środków finansowych (oraz fanów i rozgłosu), które pozwoliłyby im na dokończenie gry, co w normalnych warunkach byłoby pewnie niemożliwe albo chociaż bardzo czasochłonne. A wiadomo, że przy pełnoetatowej pracy wolny czas, jak i chęci do dodatkowego wysiłku, stanowią ograniczony zasób.


Według twórców gra „2084” powstała podczas trwającego 72 godziny game jamu organizowanego przez Feardemic. Wzięli w nim udział niektórzy twórcy „Layers of Fear” oraz wspomnianego „Observer” – stąd recykling rzeczy z cyberpunkowego horroru. Można by potraktować to też jako wytłumaczenie, dlaczego gra wygląda tak, a nie inaczej.


„Rezultat tak nas zachwycił, że postanowiliśmy czym prędzej pokazać prototyp społeczności graczy, a następnie wykorzystać informację zwrotną do tego, by stworzyć niezrównaną, cyberpunkową grę FPS” – tja, raczej wykorzystać naiwność graczy i sprzedać coś, co nigdy nie zostanie dokończone. No ale zawsze można zarobić trochę pieniędzy, prawda? Całe szczęście, że niewielu graczy dało się naciągnąć. Na Steamie opinię zostawiło zaledwie 87 osób, z czego tylko 58% recenzji jest pozytywnych.


Zgodnie z informacją udzieloną na Steamie, wczesny dostęp miał potrwać od 16 do 24 miesięcy. Tytuł pojawił się pod koniec 2018 roku. Mamy połowę 2024 roku. „Trochę” się przeciągnęło. No ale spokojnie, taki „Duke Nukem Forever” ukazał się po piętnastu latach produkcji – to może i są szanse, że „2084” zostanie dokończony? Może w 2084 roku…


No ale dość tych kiepskich złośliwości z mojej strony. Wątpliwości zostały rozwiane 30 sierpnia 2020 roku. W poście zapowiadającym nową grę o nazwie „The Raid” (która na trailerze wygląda zupełnie jak „2084”, tylko że miałaby dodatkowo oferować tryb multiplayer) wyjaśniono, co stało się z „2084” i kiedy tytuł opuści wczesny dostęp. Otóż… nigdy – produkcja gry nie zostanie wznowiona. Rzekomo gracze, którzy kupili grę, mieliby otrzymać okazję do kupienia nowej gry po „symbolicznej cenie”. No i „2084” jest dalej dostępne do kupienia na Steamie, ponieważ twórcy uważają, że to świetny sposób na sfinansowanie produkcji „The Raid”. Szkoda tylko, że twórcy nie zdecydowali się na zmianę opisu na steamowej karcie, w której poinformowaliby potencjalnych kupców, że „2084” nigdy nie zostanie dokończone. Zostanie usunięte sprzedaży dopiero po premierze nowego tytułu, ale wiecie co? Premiera „The Raid” została zaplanowana na wczesny 2022 rok. Do dziś nie pojawiły się żadne nowe informacje o tej gierce.


Szkoda mi tylko, że wsparłem ten projekt, ale byłem wtedy młody i głupi. Dzisiaj wiem, że Early Access, zgodnie z sugestią zawartą na Steamie, to kupowanie kota w worku. Zawsze można poczekać na premierę pełnej wersji. Niestety, nie polecam „2084”, tak samo jak nie polecam studia „Feardemic”.


Za pomoc przy tekście bardzo dziękuję Althorionowi


Krótkie info: 


Producent: Feardemic

Wydawca: Feardemic

Data premiery: „Witam chyba nigdy”

Platformy: Steam


#steam #gry #cyberpunk

@cyberpunkowy_neuromantyk no słabo to wygląda. Patrząc na rozgrywkę, to myślę, że możnaby się ostrzej wypowiedzieć i bardziej pastwić. xd

Zaloguj się aby komentować

The Forest Quartet


Od czasów, kiedy czasopismo CD-Action było jeszcze moim głównym źródłem oryginalnych gier, zawsze dziwiłem się narzekaniom dotyczących dodawanych pełniaków. Obecnie tak samo się dziwię, gdy gracze narzekają na gierki z darmowych rozdawnictw (w czym króluje Epic Games Store). „Dlaczego nie dali tego i tamtego?”, „Ale bieda w tym tygodniu/miesiącu” et cetera.


Pełniaki z CDA czy gierki rozdawane za darmo traktuję jako taki bonus: w końcu interesujące mnie tytuły mogę kupić sobie sam, więc tym bardziej się cieszę, gdy w ofercie pojawi się „indyk” - ogółem coś, czego normalnie raczej nigdy bym nie kupił, ale za darmo chętnie sprawdzę. W ten właśnie sposób poznałem między innymi przygodówki point and click, w których się zakochałem, czy skradanki (seria „Thief”, „Dishonored” i tym podobne).


I gdyby nie darmowe rozdawnictwo, to pewnie nigdy nie trafiłbym na „The Forest Quartet”, krótką, ale bardzo ładną gierkę logiczną.


Opowiada historię tytułowego kwartetu składającego się z trzech muzyków i wokalistki. Każdy z mężczyzn zmaga się z dużym problemem: jednego dręczy depresja, drugi cierpi na stany lękowe, a trzeci nie potrafi radzić sobie z agresją. W przeszłości wokalistka Nina zebrała ich w zespół i zabrała do lasu (stąd ich nazwa), gdzie pomogła im się uporać z demonami. Tylko że umarła i zabrakło czynnika spajającego muzyków.


Nina wraca zza grobu i jako duch ponownie stara się pomóc swojemu zespołowi, by zebrali się w celu zagrania ostatniego, pożegnalnego koncertu. Sama rozgrywka jest bardzo prosta: latamy jako duszek i rozwiązujemy nieskomplikowane zagadki logiczne. Podzielone są na trzy zestawy (po jednym dla każdego muzyka). Moim ulubionym było łączenie kabelków w odpowiedniej kolejności, żeby przeszedł przez nie prąd, który sprawi, że zapali się żarówka albo pojawi się most. :')


„The Forest Quartet” nie należy do długich gier. Przejście zajęło mi niecałe półtorej godziny i był to czas dobrze spędzony. Grafika jest bardzo ładna, udźwiękowienie również mi się spodobało. Tym bardziej, że to w końcu projekt bardzo małego zespołu.


Z strony na Steamie można wyczytać:


„The Forest Quartet to projekt osobisty i rodzinny. Kompozytorem oryginalnej muzyki jazzowej jest tato Madsa, głosu Ninie udzieliła jego siostra, a ścieżkę dźwiękową nagrali muzycy należący do Danish Radio Big Band z Kopenhagi w Danii.”


Niemniej na pewno nie zapłaciłbym pełnej ceny (45,99 PLN) za ten tytuł - na szczęście można go kupić za grosze. Tylko że jak wspomniałem wcześniej, sam raczej bym się nie zainteresował tą gierką.


https://store.steampowered.com/app/1620720/The_Forest_Quartet/


Ile zostało gier w backlogu: 362


#gry #steam #neuromantykpisze #przemyslenia

33d3a75a-b6b7-4fc4-bb35-b1247612d892

Zaloguj się aby komentować

Wolfenstein: The New Order


#neuromantykpisze


Ostatnio naszła mnie ochota na krótsze i po brzegi wypełnione akcją gry, tak dla odpoczynku od dłuższych i spokojniejszych gier (najpierw „Planescape: Torment”, obecnie „Baldur's Gate”). Padło na kolejną serię gier, obok której przeszedłem obojętnie - wyjątkiem jest multiplayerowy „Wolfenstein: Enemy Territory”.


A że „The New Order” zgarnąłem kiedyś za darmo w ramach rozdawnictwo w Epic Games Store, to postanowiłem zacząć od tego właśnie tytułu.


Tradycyjnie zacznę od rzeczy, które mi się spodobały:


  • System rozwoju umiejętności. Nie jestem fanem wrzucania elementów rpg do gier, które ich nie potrzebują, jak strzelanki właśnie, ale tutaj nie było to inwazyjne. Są cztery kategorie umiejętności pasywnych: stealth, tactical, assault oraz demolition. Jak nazwy wskazują, odnoszą się one do czterech różnych stylów rozgrywki, o których napiszę za chwilkę. Spodobało mi się to, że kolejne umiejętności odblokowujemy poprzez spełnienie określonych warunków. Na przykład żeby odblokować możliwość eliminowania przeciwników rzucając w nich nożami, musimy po cichu zabić nożem pięciu z nich. Chcemy więcej pocisków w magazynku? Musimy zabić określoną liczbę przeciwników zza osłony. I tak dalej. Wolę to o wiele bardziej od tradycyjnego zdobywania punktów doświadczenia i levelowania postaci, by po awansie móc rozdać otrzymane punkty umiejętności.

  • Różne podejścia. Uwielbiam immersive simy, uwielbiam swobodę w przechodzeniu poziomów. Co prawda „Wolfenstein: The New Order” trudno zaliczyć do tego gatunku, ale doceniam, że twórcy umożliwili przejście części gry po cichu - większość przeciwników można zabić z bliska/daleka nożem czy z pistoletem wyposażonym w tłumik, a tych, których się nie da (ponieważ na przykład mają na sobie grube pancerze), można ominąć, na przykład przekradając się szybami wentylacyjnymi. Jednakże równie często

  • Polski wątek. W pewnym momencie bardzo zaskoczyłem się, kiedy usłyszałem język polski w oryginalnym dubbingu. W trakcie rozgrywki główny bohater trafia do Polski i zaprzyjaźnia się między innymi z Polką właśnie. Miłe urozmaicenie.

  • Realia. Spodobała mi się alternatywna historia, w której to Trzecia Rzesza wygrała drugą wojnę światową i to naziści spuścili bombę atomową na terenie USA. Historia dzieje się głównie w 1960 roku - technologia także poszła do przodu.

  • Easter egg, w którym możemy zagrać w poziom z „Wolfenstein 3D”.

  • Znajdźki. Spodobało mi się to, że w trakcie rozgrywki można znaleźć mapy poziomów i lokalizację znajdziek. Co oczywiście nie przeszkodziło mi w nieznalezieniu niektórych. xD Najfajniejszy był pamiętnik Ramony (albo Ani, wybranki głównego bohatera), w którym opisywała swoje losy i kolejne zabójstwa nazistów.

  • Dwie linie fabularne uzależnione od wyboru dokonanego na końcu pierwszego rozdziału. Z powodu ogromnego backlogu przeszedłem grę tylko raz, więc nie wiem, jak wygląda druga linia fabularna, jednakże spodobało mi się takie rozwiązanie. Dzięki temu gra dodatkowo zachęca do powtórnego przejścia gry, jednocześnie drugie przejście pewnie nie będzie identyczne. Fajna sprawa.

Co mi się nie podobało?


  • Fabuła. Początkowo nie było tak źle, z czasem jednak poziom absurdu stawał się coraz wyższy. Włamanie do bardzo dobrze strzeżonego ośrodka badawczego i kradzież trzech prototypów helikopterów, które potem ukryto praktycznie w kryjówce w centrum miasta? Że też nikt ich nie śledził przez całą tą podróż, nikt nie zobaczył, dokąd lecą et cetera? Włamanie się do bardzo dobrze strzeżonego więzienia i ucieczka z niego, przy okazji uwalniając bardzo niebezpiecznych dla reżimu więźniów? Kradzież U-Boata? Wiadomo, to strzelanka, więc historia nie jest tutaj najważniejsza, jednakże przeszkadzała mi przesada i „plot armor”, który nosiło wielu bohaterów opowieści.

  • Rozbawiła mnie też kwestia eksperymentalnej broni laserowej, a raczej ulepszeń do nich, które... można znaleźć porozrzucane tu i ówdzie. Na przykład w kanałach. xD

  • Bossowie. To chyba mój stały punkt programu w przypadku narzekań na gry komputerowe. Naprawdę trudno jest mi natrafić na tytuł, w którym bossowie są bardzo dobrze zrealizowani. Z reguły są frustrujący albo po prostu nudni. Podobnie było w tym przypadku - wszyscy trzej bossowie byli nudni. A grałem na 4 z 5 poziomów trudności.

Podsumowując: jeśli zignorować głupotki fabularne, to gra się naprawdę dobrze. Model strzelania został dobrze zrealizowany, czuć „kopa” każdej z broni. Oceniam tę grę też trochę przychylniej, ponieważ nie zapłaciłem za nią. :')


#steam #gry #przemyslenia #wolfenstein

41db0c99-adbc-4af1-a732-19d681729189

@cyberpunkowy_neuromantyk Polecam iść za ciosem i ograć The First Blood i The New Colossus. I nawet nie myśl o tym żeby zagrać w Youngblood.

@Bigos


Może kiedyś. Na razie staram się przechodzić zaległości, żeby pozbyć się trochę gier z zaległości. Ale że co miesiąc dochodzi nawet do kilku nowych (darmówki, Prime Gaming), to nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się wygrzebać. :')

@Bigos @cyberpunkowy_neuromantyk O ile The Old Blood bym polecił zwłaszcza tym co grali w stare Wolfenstein bo czuć klimat starych odsłon, to z The New Colossus już mam mieszane uczucia. Jeżeli dla kogoś fabuła w The New Order jest absurdalna to w drugiej części spokojnie można to pomnożyć razy 5. Ta gra ma kilka świetnych momentów fabularnych, ale ja się męczyłem przy jej ogrywaniu.

Zaloguj się aby komentować

„Helldivers 2”

Kontrowersje związane z PSN/Sony.


#neuromantykpisze


03.05 Sony poinformowało, że od 06.05 nowi gracze chcący zagrać w „Helldivers 2” będą musieli połączyć konto Steam z kontem PlayStation Network. Obecni gracze mają czas do 04.06.


Konieczność połączenia kont nie jest niczym nowym - jak chcemy zagrać na Steamie w gry na przykład od EA, Rockstara czy Ubisoftu, to wraz z grą włączają się także ich launchery. Nie jest to fajne - w końcu kupiłem grę na Steamie, a nie w innym sklepie, więc po co mają się włączać inne launchery, ale co poradzić? Ja sam połączyłem konta przy pierwszym uruchomieniu gry, więc nie było to dla mnie problemem.


Problemem z „Helldivers 2” jest to, że Sony za pośrednictwem Steama sprzedawało grę w krajach, w których PSN nie działa. Gracze nie mogą legalnie założyć konta w PSN, bo ten po prostu nie obsługuje ich kraju, więc zostaną pozbawieni dostępu do „Helldivers 2”. Niby można skłamać i założyć konto w najbliższym kraju, w którym PSN działa, jednakże zgodnie z regulaminem PSN może to zakończyć się zablokowaniem konta. I przy okazji pewnie też odbiorem dostępu do „Helldivers 2”.


Najgorsze, że Sony w swoim oświadczeniu nie napisało nic o rozwiązaniu dla graczy, którzy nie mogą legalnie założyć konta w PSN. Pewnie myśleli, że jak opublikują takie oświadczenie w piątek, to przez weekend rozejdzie się to po kościach, a gracze zapomną.


Nic bardziej mylnego.


Reddit zapłonął. Oficjalny serwer Discordowy „Helldivers 2” zapłonął. Steam zapłonął - od chwili opublikowania oświadczenia pojawiło się 176 tysięcy recenzji, w przeważającej większości negatywnych (21% pozytywnych), co obniżyło ogólną ocenę do mieszanej (tylko 55% pozytywnych ocen). Nie muszę chyba wspominać, że przed całą akcją oceny były bardzo pozytywne?


Żeby tego było mało - niektórzy gracze poprosili Steama o zwrot pieniędzy za grę, powołując się chociażby na zmianę warunków przez Sony. Pieniądze otrzymali nawet ci gracze, którzy przegrali ponad sto godzin. Regulamin Steama pozwala na automatyczne zwroty gier, w których nie przekroczyło się dwóch godzin, reszta idzie już do akceptacji przez człowieka. Jak widać, dział obsługujący zwroty spisał się na medal.


Dodatkowo Steam wycofał grę z sprzedaży w krajach, w których PSN nie jest obsługiwane. Wiadomo, nie chcą sobie dokładać dodatkowej pracy związanej z ręcznym akceptowaniem zwrotów ani tym bardziej narażać się na pozwy, ponieważ sprzedają grę, w którą nie można legalnie zagrać.


Jak już o pozwach wspomniałem - pojawiły się wątki o konsultacjach z prawnikami w celu wystosowania pozwu przeciwko Sony, jednakże ze względu na niewystarczającą znajomość prawa nie śledzę ich.


Sony zmieniło też regulamin. Wcześniej logowanie do PSN na PC miało być opcjonalne, obecnie ten zapis został zmieniony na „Niektóre gry PlayStation mogą wymagać zalogowania się się i połączenia konta PSN”.


Żal mi twórców, Arrowhead Game Studios, które również oberwało. W ciągu jednego dnia ogromnie zmienił się odbiór ich gry na Steamie, gry, która okazała się ogromnym i chyba niespodziewanym sukcesem (chociażby problemy z przepustowością serwerów). Zresztą, sami zachęcają graczy do wystawiania negatywnych opinii, ponieważ dzięki temu będą mieli odrobinę silniejszą pozycję w negocjacjach z Sony w celu rozwiązania tego problemu.


Ciekawe, jak sytuacja się rozwinie.


Źródła: Steam, Reddit, GRYOnline.pl


#gry #steam #helldivers2 #playstation



-----------------


Sprostowanie od Autora:


Nie Steam, a Sony wycofało grę ze sprzedaży.

82f9b086-8594-44aa-94f9-563e58349703

Zaloguj się aby komentować

Titanfall 2


#neuromantykpisze


Jakoś tak przeszedłem obojętnie obok tej serii i pewnie to by się nie zmieniło, gdyby nie słowa mojego znajomego, że kampania w „Titanfall 2” jest bardzo dobra. A że lubię strzelanki z pierwszej osoby (szczególnie kampanie z serii „Call of Duty”), to postanowiłem spróbować - tym bardziej że akurat była przecena i gierka kosztowała około 12 złotych.


Największym minusem jest oczywiście długość (a raczej krótkość kampanii). Na trzecim poziome trudności z czterech zaliczyłem grę w cztery i pół godziny. Tego akurat można spodziewać się po większości strzelanek, których głównym daniem jest tryb multiplayer, więc nie byłem zaskoczony, że wystarczyły trzy niedługie sesje, by dotrzeć do finału. Więc pytanie, czy warto wydać kilkanaście złotych?


Moim zdaniem bardzo.


Historia opowiada o losach strzelca, Jacka Coopera, który dopiero szkoli się do roli Pilota Tytana. Ale że takie szkolenie nie należy do najłatwiejszych - Piloci to w końcu elita wśród elit - to długo mu jeszcze zejdzie, zanim się tak stanie. No, do najbliższego nieudanego lądowania, kiedy okazuje się, że kapitan Lastimosa, przełożony Coopera, otrzymuje zbyt wielkie obrażenia, by móc przeżyć. Tuż przed swoją śmiercią przekazał Jackowi kontrolę nad swoim Tytanem, BT-7274.


I w tym momencie żałuję, że kampania nie była dłuższa o kilka czy nawet kilkanaście godzin. Historia budowania więzi pomiędzy człowiekiem a maszyną bardzo do mnie przemówiła - bardzo lubię ten motyw, nie będę tego ukrywał. Aktorzy głosowi świetnie odegrali dialogi pomiędzy głównymi bohaterami. BT wykazuje się poczuciem humoru, które idealnie pasuje do maszyny właśnie - o ile można stwierdzić, że maszyna może posiadać poczucie humoru. Kilkukrotnie przekonuje swojego Pilota do bardzo ryzykownych rozwiązań, by finalnie poprosić Coopera o to, żeby mu zaufał.


Rozgrywka też jest świetna - już wiem, że w opinii o „Ghostrunnerze” powinienem dopisać jeszcze jedną inspirację, „Titanfallem 2” właśnie. Jest sporo podobieństw: ślizganie się, bieganie po ścianach i odskakiwanie, co przyspiesza ruch naszej postaci, ba, nawet można wyświetlić duszka, który pokazuje jak przebiec dany fragment, nazwany tutaj... „Ghost Runner”.


Widziałem parę gameplayów z multiplayera i skutecznie mnie zniechęciły do tego trybu - mnie nie udało się opanować trudnej dla mnie sztuki szybkiego poruszania się po terenie. W samouczku także nie próbowałem pobijać kolejnych rekordów. Skończyło się bodajże na czasie poniżej 50 sekund, potem już nie dawałem rady. :')


Przede wszystkim brakuje tutaj jakichkolwiek irytujących fragmentów/sekwencji, przez co te cztery i pół godziny były naprawdę przyjemnie spędzonym czasem. No, oprócz chwil, kiedy byłem zmuszony do biegania jako Cooper - często po prostu rzeczywiście przebiegałem obok wrogów, korzystając z kamuflażu. :')


Zdecydowanie bardziej podobało mi się sterowanie Tytanem, który dodatkowo z czasem zbiera różne zestawy uzbrojenia i umiejętności. Urozmaica to rozgrywkę i pozwala grać takim zestawem, który podoba się najbardziej.


W grze dostępne są także znajdźki - tutaj hełmy Pilotów - jednakże nie rozglądałem się zbyt mocno po lokacjach. Jak zauważyłem, to zbierałem.


Jeśli nie graliście, to polecam nadrobić ten tytuł. Szczególnie że na wyprzedażach można kupić za 10-20 złotych.


#steam #gry #tworczoscwlasna

210cab87-6799-4a0d-acb1-8864bfde4697

@cyberpunkowy_neuromantyk Respawn, obiecaliście Titanfall 3. Dawać, a nie, k⁎⁎wa, tylko ten Apex i Apex. Ja wam tego nie zapomnę…

e776ddcc-636d-452e-9e8f-abd3c6d6730e

Zaloguj się aby komentować

Rusty Lake Hotel


#neuromantykpisze - tag, jakby ktoś chciał zablokować moją pisaninę o gierkach. :')


Do tytułowego hotelu na wyspie przyjeżdża piątka gości -antropomorficzne zwierzęta - którymi trzeba się wieczorem zająć, a dokładniej spełniać ich zachcianki. I tak na przykład Pani Gołąb chce zażyć kąpieli i zjeść kukurydzę, a Pan Jeleń chce wypić Krwawą Mary.


Jest to gierka point and click z dosyć prostymi i na szczęście bardzo logicznymi zagadkami. Z większością widocznych przedmiotów możemy wejść w interakcję, jednakże czasem przypomina to festiwal klikania na oślep w nadziei, że trafimy na właściwy. :')


Na przykład żeby zrobić wspomnianego drinka, trzeba mieć wódkę, krew, tabasco oraz tajemniczy składnik. Wódka to akurat najmniejszy problem. Potem musimy znaleźć nóż, którym rozetnie się poroże Pana Jelenia. Jak poleci krew, to będzie ją można zebrać w słoiczek, który oczywiście też wcześniej trzeba znaleźć. I tak dalej. Jest tutaj ciąg przyczynowo skutkowy - rozwiązanie jednej zagadki umożliwia nam pozyskanie przedmiotów do rozwiązania kolejnej i tak dalej, aż osiągniemy finalny cel, czyli zabicie gościa w celu przyrządzenia z niego kolacji dla pozostałych.


Jest też kilka zagadek wymagających spostrzegawczości i powiązania zagadki z obrazem/wzorem wiszącym na innej ścianie.


I tu jedyny problem-wada, jaki napotkałem: żeby przejść grę w stu procentach, trzeba odwiedzać gości w określonej kolejności, by pozyskać wszystkie opcjonalne dodatki do dań. Niektóre można znaleźć w konkretnych miejscach, niektóre w konkretnym czasie. Nie jest to trudne, ale na pewno wymaga dwóch czy trzech przejść, jeśli chcemy obyć się bez poradnika.


Pierwsze przejście zajęło mi około półtorej godziny.


#steam #gry #pointandclick #tworczoscwlasna

843fe0bf-d5ba-451b-929d-fcaf5b1d2ae2
8c8180db-cc29-4ed2-b266-87947968e815
e59ac566-a70b-4fd8-bf99-eeebe336cf5f

Zaloguj się aby komentować

Adios


#neuromantykpisze - tag, jakby ktoś chciał zablokować moją pisaninę o gierkach. :')


Kolejna krótka gierka (niecałe półtorej godziny) z mojej zbyt dużej kupki wstydu (jeszcze trzysta sześćdziesiąt tytułów... i drugie tyle na liście „chciałbym kiedyś zagrać”), ponownie interaktywna opowieść. Przedstawia ostatni dzień z życia hodowcy świń (oraz kóz, konia i... kasztanowca), do którego przyjeżdża „znajomy”. Naszym pierwszym zadaniem jest powiedzieć mu, że... mamy dość.


To melancholijna opowieść mężczyzny zmęczonego życiem bez żony, dręczonego wyrzutami sumienia przez obecną sytuację i podjęte decyzje w przeszłości. Od początku poczułem do niego sympatię (wystarczyło, że zobaczyłem wspomnianą listę zadań :')), jednakże gra jakoś tak w połowie spuszcza na gracza bombę, która może całkowicie zmienić odbiór głównego bohatera.


Gra opiera się głównie na dialogach i w przeciwieństwie do poprzednich dwóch tytułów, daje graczowi wybór, w jaki sposób główny bohater ma odpowiadać. Miła odmiana po przeklikiwaniu się przez dialogi. Właśnie, można tutaj pomijać tutaj wypowiadane kwestie, jeśli czytamy szybciej, niż mówią postacie, jednakże tak mi się spodobała gra aktorska Ricka Zieffa, że ani razu tego nie zrobiłem. W niektórych sytuacjach jednak nasz wybór ogranicza się do jednej tylko opcji, co sugeruje, że główny bohater chciałby wypowiedzieć niektóre słowa, ale te nie są w stanie przejść mu przez gardło.


Co mi przeszkadzało, to niestety widoczna budżetowość. Grafika stylizowana jest na komiksową, co mi się podobało, ale znajomy naszego farmera czasem wyglądał tak śmiesznie, że nie byłem w stanie przejąć się tym, co mówi. A nie zawsze był miły wobec głównego bohatera, który wyraził chęć odejścia od ich biznesu. Tajemniczość i nieprzyjemne reakcje gościa sugerują, że to raczej mało legalny biznes... tak jak to, że na samym początku karmimy świnie mięsem, które gość przywiózł ze sobą w furgonetce. Wracając do grafiki: w pewnym momencie we dwóch grzebią przy sportowym samochodzie i przez całą procedurę sprawdzania poszczególnych części znajomy farmera kiwał się w lewo i prawo. Brakowało mi trochę bardziej szczegółowych animacji (oraz widoku nóg głównego bohatera xD), ale nie wpływa to jakoś mocno negatywnie na odbiór całości.


Na szczęście twórcy udostępnili nam trochę więcej możliwości rozgrywki. Między innymi musimy nakarmić wspomniane świnie, wydoić kozy, wrzucić trochę nawozu na taczkę i przewieźć go w inne miejsce. Później musimy też przygotować swój ostatni posiłek, możemy też posłuchać płyt winylowych czy pograć na pianinie. Oczywiście wszystko to bardzo proste czynności, wymagające naciskania lewego przycisku myszy, ale to fajne urozmaicenie.


To też opowieść o pożegnaniu, między innymi z bliskimi, znajomymi i psem. Nienawidzę pożegnań, ponieważ bardzo łatwo się przy nich wzruszam, więc „Adios” bardzo celnie uderzyło w moje czułe struny. Pewnie dlatego tak mi się spodobało.


#steam #gry #tworczoscwlasna

ad4e52b7-d085-4c81-8622-597e7379fa38
fbf2dd46-d747-48a9-bd12-fcec41b48c3c
f3e0c531-6ead-46bc-b851-9a9e4e440962

Zaloguj się aby komentować

The Whisperer


#neuromantykpisze - tag, jakby ktoś chciał zablokować moją pisaninę o gierkach. :')


Bardzo krótka gra (mnie zajęła niecałe 30 minut), która stanowi wstęp do „The Whispering Valley”. Długość zależy od tego, jak bardzo jesteście spostrzegawczy i uparci, żeby nie zajrzeć do poradnika. Nie ma trudnych zagadek - wszystkie są logiczne, jednakże trzeba znaleźć odpowiednie przedmioty i nie zawsze wiadomo, z czym można wejść w interakcję. Na przykład spędziłem parę chwil, próbując rozpalić ogniska bądź w kominku, a wcale nie ma takiej opcji. Nie pytajcie. :')


Klimat zimy bardzo fajny, aż ciarki przechodziły (ale to pewnie wina otwartego okna :'). Nie ma zbyt dużo fabuły, która w dodatku serwowana jest w postaci listów do przeczytania - występuje ich raptem pięć. Czy jest ciekawa? Dosyć prosta historia o mężczyźnie, który dociera do opuszczonej faktorii i budynku i odkrywa, dlaczego została opuszczona.


Czy polecam? Raczej nie. Gameplayowo podobne jest bardzo do serii „Myst”, ale jest tu zdecydowanie zbyt mało zawartości, żeby było warto zawracać sobie głowę. No chyba że chcecie przejść także „The Whispering Valley”, jednakże sam nie mam na razie tego w planach.


#steam #gog #gry #tworczoscwlasna

1fd9ff97-7f36-4d75-8edc-d8ebdc8bc546

Zaloguj się aby komentować