#blogzcukrzyca

3
4

Dzisiaj w nocy był kryzys ze spaniem. Usnąłem bardzo szybko, ale rozbudzałem się co mniej więcej dwie godziny i czułem się jakbym był w stresie. Serce mi kołatało i drżały mi dłonie. Rano obudziłem się w sumie wypoczęty i raczej bez objawów, ale noc wspominam źle.


Rano po śniadaniu złapał mnie atak paniki połączony z "niemocą". Najpierw przyszła myśl, że ja już sobie z tym wszystkim nie dam rady, że to wszystko ponad moje siły, że koniecznie i natychmiast potrzebują pomocy, że zaraz wyjdę z siebie i już nie wrócę. Ta myśl przerodziła się w lekki atak paniki, gdzie musiałem usiąść na tapczanie, zamknąć oczy, wyłączyć wszystkie myśli i cały mózg i uspokoić się chwilę. Minęło po około 10-15 minutach.


W takich momentach jak ten, z jednej strony wiem, że to tylko mój mózg, ale z drugiej to on steruje całym ciałem i sam nie dam rady tego zatrzymać. Na szczęście trwało to krótko i nie było tak mocno obciążające, ale... no cóż, znowu było.


Powodem ataku paniki był moment w którym zjadłem posiłek i jeszcze nie zdążyłem podać sobie insuliny, bo zajął mnie trochę syn i mój cukier zamiast po 20 minutach wzrosnąć o spodziewaną wartość... spadł o tę samą wartość. Nawet mnie to nie zaskoczyło, tylko... zbiło z tropu. W jednej chwili wyobraziłem sobie, co by było, gdybym jeszcze wbił insulinę i ten cukier spadł by jeszcze mocniej, albo gdyby nikogo innego nie było w domu. No w każdym razie takiego wyniku się nie spodziewałem.


Ta sytuacja sprawiła, że dosłownie na chwilę się poddałem, wywiesiłem flagę. Stwierdziłem - nie dam już sobie z tym rady. Skoro tak się dzieje, skoro to nie jest przeze mnie spodziewana sytuacja, to ja już sobie nie poradzę, tylko potrzebuję pomocy. Lekarza, specjalisty, szpitala, kogokolwiek. Ta myśl chwilowo zawładnęła moim mózgiem i sparaliżowała mnie. Nie pozwoliła racjonalnie myśleć, tylko wbijała we mnie coraz więcej stresu i niemocy. Stąd też się wziął atak paniki.


Po chwili się uspokoiłem i złe myśli odeszły, ale kosztowało mnie to trochę walki, spokoju i przejęcia syna przez żonę. Ten atak to pierwsze zdarzenie od dłuższego czasu, co oznacza, że najbliższych kilka dni będzie kluczowych w moim aktualnym stanie zdrowia psychicznego. Reszta dnia była raczej bez stresu, po porannej akcji - przeszło mi i pozostały czas dnia był dość pracowity - może też dlatego nie miałem czasu myśleć o tym wszystkim, bo znalazłem sobie zajęcie.


Tak na szybko i dość chaotycznie chciałem wam opisać jeden z problemów z którym się teraz mierzę - zbyt intensywnym myśleniem o wszystkim i zakładaniem najgorszego, co powoduje właśnie u mnie takie stany. Jak będę mieć głowę, opiszę trochę więcej takich sytuacji, które mnie trafiają. To tylko tak, by pokazać, że oprócz cukrzycy mierzę się z problemami związanymi z psychiką i to właśnie z nimi teraz w pierwszej kolejności chcę walczyć.


#blogzcukrzyca

Walcz i nie pi⁎⁎⁎ol się z myślami...wiem trudne, ale masz dla kogo żyć...no i robić wrzuty tutaj ¯\_(ツ)_/¯ tak, czytam wszystko co wrzucasz.

Zaloguj się aby komentować

Dzień Dobry, dzisiaj w kolejnym wpisie #blogzcukrzyca trochę więcej o tym jak inni ludzie z którymi mam do czynienia reagują na moją chorobę i ewentualne cuda, które się z nią (i ze mną) zdarzają.


Jedną z pierwszych rzeczy, które nowo poznani ludzie dowiadują się o mnie, oprócz imienia jest również informacja o tym, że jestem diabetykiem, czasami rozszerzona o informację, że należę do osób z niepełnosprawnością. Oczywiście nie każdy nowy dostaje od razu taki zestaw, tylko raczej osoby z którymi wiem, że nasze spotkanie nie będzie przelotne, albo - jeśli jest taka sytuacja - przy naszym pierwszym wspólnym posiłku.


Z reguły zdecydowana większość reakcji to... brak reakcji. Po prostu wrzucenie tej informacji do głowy. I bardzo dobrze, bo ludzie nie dokładają sobie żadnych uprzedzeń, ani współczucia do takiej osoby. Niektórzy z nich mają w rodzinie albo wśród swoich znajomych również cukrzyków, więc czasami wiedzą z czym się zmagam i rozumieją mnie lepiej.


Posiłek, to reguły najczęstszy powód, żeby porozmawiać o cukrzycy z drugą osobą. Najczęściej ludzie są niezwykle ciekawi choroby i tego co mi wolno, czego nie wolno i jak powinni się zachować. Temat zaczyna się oczywiście, gdy wyjmuję pen z insuliną. Ogólny obraz zdrowych ludzi jest taki, że mają nikłe pojęcie o technikaliach cukrzycy. Wiedzą, że jest związana z "cukrem" i że można "zemdleć", ale totalnie nie znają szczegółów, albo wiedzą coś źle - na przykład, że jak spada mi cukier, to muszą mi podać insulinę - to nieprawda! Koniecznie trzeba podać coś słodkiego, najlepiej w płynie.


Ja osobiście się temu nie dziwię. Ja sam nie wiedziałbym pewnie jak zareagować jeśli ktoś wokół mnie dostał atak padaczki, albo atak astmy. Moją rolą jest więc takiej osobie opowiedzieć o chorobie. Oczywiście jeśli jest zainteresowana.


A większość osób jest zainteresowana, ale baaardzo mocno boi się pytać. Ja to rozumiem, ludzie nie lubią zadawać trudnych pytań, boją się, że kogoś urażą, albo, że uznam to za bycie wścibskim. Ale ciekawość wygrywa. Ja to wiem, więc zawsze mówię otwarcie o mojej chorobie jeśli druga osoba słucha. Opowiadam co mi wolno, a czego nie wolno i jakie mogą mnie spotkać sytuacje - głównie hipo- i hiper-glikemia. Tłumaczę jak się wtedy zachowuję i co taka osoba mogłaby zrobić, by mi pomóc (zwłaszcza przy hipoglikemii). Mówię o tym zawsze, bo takie sytuacje mogą mi uratować życie, a może się zdarzyć akcja, gdzie druga osoba będzie bała się podjąć działań "sparaliżowana" strachem. Zawsze tłumaczę to spokojnie i szczerze - otwarcie, by pokazać, że takie tematy nie są dla mnie trudne i że druga osoba może śmiało pytać mnie o wszystko.


Czasami takie rozmowy idą dalej, pokazuję wtedy glukometr (a teraz sensor na ramieniu) tłumaczę jak działa, pokazuję pena z insuliną i "tę wielką straszną igłę, którą wciskam w siebie setki razy", tłumaczę, że w torbie mam butelkę coca-coli lub soku i opowiadam o... życiu. O tej normalnej części. Tłumaczę, że z chorobą da się żyć mimo wszystko. Nigdy nie wykonuję (nie wykonywałem) innym badań cukru moim glukometrem i zawsze tego odmawiam jak ktoś mnie prosi.


Tematy schodzą też na jedzenie i - totalnie to rozumiem - ludzie nie zdają sobie sprawy, że chleb, ryż, makaron, ziemniaki, nabiał i owoce podnoszą mi cukier (oczywiście każde w innym zakresie). Dla zdrowych ludzi - słodkie to słodkie - czekolana, coca-cola, cukierki, lody, czasami niektórzy dodadzą sok. Ale baaaardzo mało osób wie, że dla cukrzyka liczy się nie tyle cukier co węglowodany - których w codziennych posiłkach jest ogromna ilość. Bardzo często widzę zaskoczenie, że takie posiłki mają wpływ na cukier. I powtórzę to kolejny raz - doskonale to rozumiem. Ludzie pragnący schudnąć liczą kalorie, ograniczają tłuszcz, kulturyści idą w białko i zbilansowaną dietę. Mało kto przejmuje się "chlebem", czy ziemniakami. A że frytki podnoszą mi cukier? NO JAK TO?


Tematy jedzenia szybko schodzą na alkohol i tu u mnie jest różnie. Sam nie piję dużo, a alkohol raczej bardzo lekko obniża mi cukier, ale u każdego jest inaczej. Piwa smakowe u mnie odpadają bo mają tony cukru. Wino działa na mnie świetnie utrzymując cukier w poziomie a wódka zawsze go obniża przez co muszę dojadać. I uwierzcie mi - u każdego cukrzyka będzie inaczej.


Wracając więc do "ludzi". Moja rodzina jest wyedukowana, co jakiś czas robię przypomnienie co i jak, więc tutaj nie ma problemu, gdyby coś się działo. Znam ich na tyle, że wiem, że mimo wszystko w każdej sytuacji zadzwoniliby po karetkę. Moi rodzice boją się otwarcie rozmawiać ze mną o cukrzycy i dostają tylko krótkie relacje, że "jest ok", albo "jest gorzej, ale walczę". Wiem, że takie rozmowy sprawiają im trudność, ponieważ obwiniają się, że to ich wina. Nie męczę ich moją chorobą, wiem, że to dla nich ciężkie i nigdy tego nie przełkną, mimo moich zapewnień, i rozmów w pierwszych latach choroby.


Każdy mój pracodawca już na rozmowie kwalifikacyjnej dowiaduje się, że mam cukrzycę i stopień niepełnosprawności. Nigdy nie było tym problemów, w niektórych przypadkach był to nawet atut (!). Jak tylko trafię do nowego miejsca pracy od razu przełożonemu i zespołowi mówię co mi jest i robię krótkie szkolenie co i jak. Pojawia się potężna ilość pytań na które cierpliwie odpowiadam otwarcie. Rozmowy od razu też schodzą na jedzenie


Mój poprzedni przełożony bardzo mocno dbał o mnie i pytał się jak mi idzie w walce z chorobą. Bardzo lubił rozmawiać ze mną o moich problemach związanych z cukrzyca i często sam podsyłał mi jakieś artykuły, czy nowinki o których usłyszał. Był świetnym człowiekiem od którego otrzymałem w pracy ogromne wsparcie i dla którego moje ograniczone możliwości nigdy nie były problemem, nawet gdy z powodu spadku cukru, czy trudnego dnia - spóźniałem się do pracy.


No ale zmieniłem pracę, a mój nowy przełożony jest również pełen zrozumienia i nigdy nie robił mi problemów w związku z chorobą, ale jest nie zainteresowany rozmową, ani jej zrozumieniem. Nie mam mu tego za złe i nie wymagam nie wiadomo czego. Szkoda też, że mój nowy zespół raczej jest bardziej przerażony moją chorobą niż obojętny. Słyszę co chwile "podziwiam jak ty dajesz sobie radę, ja bym nie dał", albo "jakby coś ci się stało, to bym uciekł, nawet jak wiem co zrobić, ale boję się". Co jakiś czas rozmawiamy na ten temat, ale widzę raczej strach, a wolałbym nawet obojętność. Nikt nie jest do mnie wrogo nastawiony, ani nie traktuje mnie jak wazon, który może się zbić, ale za każdym razem, gdy wyciągam pena z insuliną - widzę duże oczy, albo odwrócony wzrok.


I kolejny raz powtórzę - rozumiem to. Nie naciskam, nie narzucam, w razie pytań - odpowiadam. Wiem, że różni ludzie różnie do tego podchodzą i dopasowuję się do nich.


Moi znajomi i przyjaciele, z którymi znam się dłużej nie mają problemów, żeby ze mną o chorobie rozmawiać, poznawać problemy i pytać nawet o takie rzeczy jak seks, czy psychika. Często też... śmiejemy się z mojej choroby i pozwalam na to, bo nie robię z siebie kaleki a niektóre memy są super. Jak wbijam insulinę w miejscu publicznym, otrzymuję pozytywne docinki, niektóre historie w których brali udział są oczywiście opowiadane dalej i dodatkowo koloryzowane. Moi znajomi byli też pierwszymi, którzy wzywali dla mnie karetkę kilka lat po zachorowaniu, kiedy poczułem się tragicznie, ale było to na podłożu stresowym, a nie cukrzycowym. Kiedyś wam o tym opowiem, ale to mnie tylko utwierdziło, że mimo wszystko - dali radę, zachowali się bardzo odpowiedzialnie i wspierali mnie w kryzysie.


Tak samo było z moimi współlokatorami z którymi mieszkałem na studiach zaraz po tym jak zachorowałem. Oni też bardzo o mnie dbali i sami razem ze mną uczyli się wszystkiego.


Moja żona od razu również dowiedziała się, że choruję, jeszcze zanim została żoną. Nie od razu, tylko po kilku naszych pierwszych spotkaniach, ale nie przeraziło jej to i nigdy nie było to dla niej problemem. Bardzo mocno wspiera mnie w kryzysach, również tych psychicznych, wie wszystko o chorobie, jak działać i jak się zachować i wiem doskonale jak ją stresują moje "sytuacje", ale nie daje tego po sobie poznać, by mnie wesprzeć w trudniejszych chwilach. Muszę to jasno napisać, że gdyby nie Ona, życie z cukrzycą było by o wiele trudniejsze. Przy wielu okazjach dziękuję jej za to co dla mnie robi i jak bardzo mnie wspiera. Do samej cukrzycy podchodzi też z dystansem bo widzi, że przecież wszystko jest ze mną w porządku, że kryzysy są bardzo chwilowe, a życie toczy się normalnie. Jest ze mną na codzień, więc po prostu widzi jak jest, bez kolorowania i ściemy. Potrafi też zauważyć, że coś się u mnie dzieje, nawet jak ja tego nie zauważę. Nigdy nie "pokłóciliśmy się" o moją chorobę, nie wypowiedziała z tego powodu żadnych negatywnych słów. Jestem niezwykle szczęśliwy, że jesteśmy razem.


Jak widzicie, "liznąłem" tu tylko kilka tematów związanych z osobami wokół mnie. Jeśli macie jakieś pytania - walcie śmiało Pozdrawiam wszystkich serdecznie, uważajcie na burze!

Fajnie się czyta i będę zerkał na wpisy. Moja babcia ma cukrzycę i nie robimy z tego nie wiadomo czego. Aż jestem w szoku, że ludzie nie rozumieją, iż chleb owoce, makarony podnoszą cukier.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry, dzisiaj trochę o technikaliach cukrzycy i monitorowaniu cukru we krwi:


Codziennie podaję sobie insulinę kilka razy dziennie. Codziennie sprawdzam swój poziom cukru kilka lub kilkanaście razy dziennie. Codziennie kontroluję siebie.


Jeszcze niedawno badanie poziomu cukru odbywało się u mnie za pomocą krwi z paska. Trzeba było się nakłuwać, wycisnąć kropelkę krwi z opuszka palca ręki i nałożyć na pasek testowy. I tak od 5 do czasami nawet 10 razy dziennie.


Nie muszę chyba mówić, jak bardzo przez te kilkanaście lat moja dłoń wygląda (a zwłaszcza opuszki palców). Setki małych kropeczek, które goją się, ale przecież otwieram rany na nowo. Mam taką zasadę, że nakłuwam tylko lewą rękę, by prawą mieć zawsze sprawną. Moje opuszki palców lewej ręki mają mniejsze czucie w miejscach ukłuć, niż w prawej ręce.


Od listopada zeszłego roku zainwestowałem w system ciągłego monitorowania glikemii. Na ramię nakłada się takie małe urządzenie, wielkości mniej więcej dwóch monet 5zł, którego sonda jest pod skórą i mierzy cały czas cukier z płynu śródtkankowego. Taki pomiar nie jest idealny, obarczony niewielkim błędem, ale bardzo zbliżony do tego z krwi. Taką sondę można mieć 14 dni na stałe, a pomiar cukru odświeża się co minutę za pomocą skanu NFC w telefonie. Sensor zakłada się samemu na ramię i ta operacja jest bezbolesna i trwa minutę.


Życie zmieniło się niesamowicie. Nie dość, że nie muszę się codziennie nakłuwać kilka razy to jeszcze wyniki mam bezpośrednio w telefonie z linią trendu - nie widzę już tylko punktów w moich pomiarach, ale linię, czy cukier spada, czy rośnie, czy podałem insulinę dobrze i jaki jest trend moich wyników.


Jak sobie teraz myślę ile zmieniło się w terapiach dla cukrzyków, jakie nowe urządzenia, pompy i systemy mierzenia cukru powstają... to rośnie we mnie nadzieja, że w przyszłości, takiej jeszcze za mojego życia, tę chorobę będą za mnie ogarniać automaty AI, a ja będę żył totalnie bez myśli o cukrzycy.


Ale wracając do pomiarów - nowy system sprawił, że teraz dużo lepiej rozumiem jakie są moje wyniki, mogę je świetnie przeanalizować i ocenić, wyciągnąć dużo lepsze wnioski i popełniać mniej błędów.


I co śmieszne i paradoksalne jednocześnie - widzenie na żywo jak cukier rośnie lub spada... dodatkowo mnie stresuje. Wiecie, zjadłem jedzenie, podałem insulinę i po godzinie cukier idzie w górę, zamiast ładnie się wyrównywać. Denerwuje mnie to, bo znaczy, że coś źle obliczyłem, podałem za mało insuliny, albo coś się dzieje z organizmem.


A jak spada ostro w dół to jeszcze gorzej, bo mam wyobrażenie, że tego nie zatrzymam, że zaraz zemdleję, że to spadnie do zera, że wbiłem 300 razy za dużo insuliny niż powinienem i żegnam się z życiem.


Wcześniej widziałem tylko "punkt" pomiaru. Nie potrafiłem ocenić, czy cukier będzie spadał, czy rósł, to był po prostu jeden wynik, musiałem sam analizować i strzelać czy będzie zaraz lepiej czy gorzej. Teraz widzę wszystko świetnie, ale tak praktycznie bardziej mnie to stresuje, bo dokładniej widać moje błędy. Skoki i spadki.


Czytałem w różnych miejscach, że są tacy inni cukrzycy, którzy mają podobnie jak ja i przez to rezygnują z takich systemów ciągłych. Ja jednak uważam, że jak psychicznie to wyprostuję - zmienię swoje myślenie i przestanę panikować przy każdym wyniku, to system jeszcze lepiej pomoże mi osiągać dobre wyniki.


PS. System monitorowania kosztuje około 600 złotych miesięcznie, jest częściowo refundowany.


PS2. Na telefon spoglądam przynajmniej 80 razy dziennie (informacja z "cyfrowego dobrostanu" w systemie Android), przynajmniej połowa tego czasu to sprawdzanie wyników cukru.


#blogzcukrzyca

Ładnie piszesz. Nie wiem, czy to efekt kontrastu (zakładam, że rozumiesz, co mam na myśli ) czy rzeczywiście ładnie piszesz, ale przyjemnie się to czyta.

@tojuz14lat nie wiem dlaczego panikujesz, ja używam tego od lutego (w aplikacji mam mniej danych) i co najważniejsze praktycznie nie liczę węglowodanów. rano zjadam zazwyczaj 60 węgli, do obiadu 130 i kolacja 60.


jak cukier utrzymuje się za wysoko po 4h od podania insuliny to nic strasznego się przecież nie dzieje, ja wtedy po prostu idę się przejść i zbijam do 160.


nie wiem dlaczego też Ci wychodzi 600zl mc, u mnie wychodzi 140zl/mc + plastry za 12 szt, w cenie chyba 30 zł. także rocznie to coś koło 2k zł, niektórzy więcej wydają na alkohol, ja wolę wydać na swoje zdrowie.


dodatkowo używam też xdrip, który pokazuje mi wynik na mi band (wrzucałem posta o tym) oraz jak nie potwierdzę spadku alarmu przez 30 min to wysyła SMS do żony i do mamy że potrzebuje pomocy, wraz z moją lokalizacja .

3f09db17-45ae-4eab-8021-e3b221f92ffa

@tatarysh Hej, panika wiąże się z tym, że siedzi to w głowie i po prostu mózg widzi strzałkę w dół i wyobraża sobie za dużo. To przez to, że za dużo o tym myślę. Ja liczę węglowodany, ale ostatnio trochę się u mnie zmieniło i muszę dopasować podaż insuliny do trochę innego trybu życia.


Moje tendencje dobowe wyglądają mniej więcej jak Twoje, jeśli całą czarną linię podniesiesz o 100. Właśnie dlatego walczę z tym najpierw w głowie, bo kiedyś miałem świetne wyniki, a teraz bardzo słabe, nawet przy posiadaniu CGM.


600zł na miesiąc wychodzi dlatego, że oficjalnie Libre 2 kosztuje 280zł, a jest na 14 dni, więc razy dwa daje 560zł, niektórzy korzystają z Dexcoma, który wychodzi chyba właśnie bliżej 600zł jak doliczy się koszty transmitera. Wiadomo, że z refundacją wychodzi mniej, ale chciałem tu podać czyste ceny, bo i refundacje są różne.


Mam MiBanda 7 i siedzę na grupach fejsowych na przykład "Technologie Diabetyka", trochę poczytałem o xdripie, ale wydaje mi się to zbyt skomplikowane, żeby to ustawić, może kiedyś do tego przysiądę i sobie zrobię, ale chyba trochę boję się że nie dam rady. Teraz korzystam z Libre2 i DiaBoxa, który w telefonie w powiadomieniach wrzuca aktualną wartość pomiaru.

@tojuz14lat nie jest skomplikowane, jest tutorial, krok po kroku ale jednak wyniki są jednak lekko inne niż pokazuje Libre.


ja dodatkowo korzystam z mysgr aplikacji, gdzie wpisuje ilość węgli i mi wylicza insulinę, która podaje - może po prostu w Twoim przypadku trzeba zmienić bolusa (który jest zależny od godziny)

b05e5a36-f022-4132-a395-c8c9bc044b3c

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry! Jestem niezwykle zaskoczony Waszym odzewem na mój ostatni wpis. Bardzo wam dziękuję za wszystkie komentarze i pioruny. Nie spodziewałem się.. nie wiem w sumie co powiedzieć...


W każdym razie dzisiaj chciałbym trochę luźniej opowiedzieć o kilku sprawach związanych z cukrzycą, o których też pytacie w komentarzach. Będzie trochę skakanie po tematach.


Skąd u mnie pojawiła się cukrzyca? Otóż najprawdopodobniej (bo formalnie nie jest to potwierdzone, ale mam tak na wypisie), jest to spowodowane tym, że mój własny organizm atakował wyspy trzustkowe (wytwarzające insulinę) podczas przebytej pół roku wcześniej (i średnio leczonej) choroby.


Pamiętam, że był to czas zimowych egzaminów (a cukrzycę dostałem na wiosnę), gdzie byłem totalnie poprzeziębiany. Leczyłem się ogromną ilością wit. C, ibupromem i jeszcze większą ilością wit. C. Leciało z mojego nosa jak z wodospadu, ledwo trzeźwo myślałem, ale musiałem pozaliczać ważne ezgaminy. Pamiętam, że nosiłem w plecaku torbę chusteczek, która znikała przez cały dzień. Taki stan trzymał mnie dobry tydzień, ale udało się wszystko zdać i wyjść z choroby.


Najprawdopodobniej nie było to zwykłe przeziębienie, a coś wirusowego lub bakteryjnego. Mocno obciążony organizm walczył - to normalne, ale w trakcie intensywnej walki dochodziło do odpowiedzi autoimmunologicznej - białe krwinki atakowały nie tylko zarazki, ale również i własny orgaznim.


Apropo. Nie chciałbym tu otwierać dyskusji i powikłaniach po koronawirusie, czy szczepionkach - nie idziemy tą drogą.


Wyspy trzustkowe są malutkimi punkcikami rozsianymi po całej wątrobie i mogą łatwo niestety ulec zniszczeniu. Tak mi to wtedy wytłumaczył lekarz i taki powód cukrzycy otrzymałem i zaakceptowałem.


W mojej rodzinie nie ma genetycznego obciążenia, nawet w tej dalszej. Do momentu studiów odżywiałem się świetnie. Na studiach - wiadomo - dużo gorzej, były również imprezy i alkohol różnego rodzaju i pochodzenia. Nie palę i nie paliłem, nie korzystałem również z innego rodzaju mocniejszych, czy nielegalnych używek, albo "dopalaczy". Moja waga na studiach to było średnio 65-70kg, a ruchu było wiele.


Jak dostać cukrzycę? Na pewno wypicie 8 litrów coli, czy jedzenie wyłącznie fast foodów, może być jedną z setek jak nie tysięcy możliwości, gdzie obciążamy organizm i do takiego stanu możemy doprowadzić. Ale warto też powiedzieć, że są różne cukrzyce - typ 1, który ja mam, nazywany cukrzycą "młodzieńczą", dotyka młode osoby, chude, które raczej żyją "raczej" zdrowo. Typ 2 - dotyka głównie osoby otyłe. Są jeszcze inne typy, jak chociażby cukrzyca ciążowa, ale dużo mniej o nich wiem i nie będę was wprowadzał w błąd moimi informacjami.


Jeśli chodzi o prowadzenie pojazdów - sam moje prawo jazdy załatwiałem ledwo rok po otrzymaniu cukrzycy, ale z lekarzem nie było problemów. W pracy jeżdżę samochodem prywatnym, będę walczył o służbowy, bo mogę, ale muszę mieć zaświadczenie od mojego lekarza - kartę leczenia diabetologicznego, w której oświadcza się, że prowadzę się dobrze i mogę takie pojazdy prowadzić. Co do kierowców zawodowych - nie wiem, ale na logikę podejrzewam, że kierowcą autobusu nie mógłbym zostać, stwarzał bym zagrożenie dla innych w przypadku jakiegoś nagłego działania.


Dodam tylko od siebie, że pracuję w szeroko pojętym IT, w jednej z dużych polskich korporacji. Moja praca jest głównie biurowa z okazjonalnym wyjazdem do klientów lub innej lokalizacji firmy.


Dla gratisu dodam też, że cukrzycy nie mogą oddawać krwi. Bardzo ubolewam z tego powodu, nie mogę dołączyć do honorowych dawców krwi, jak mój tata, czy dziadek


PS. Do wojska też nie pójdę.


Za to praca fizyczna w cukrzycy raczej nie powinna być problemem, oczywiście w miarę naszych możliwości. Moim zdaniem pracodawca powinien wiedzieć, że jesteśmy chorzy - ja zawsze otwarcie o tym mówię od razu na rozmowach kwalifikacyjnych. Posiadam również "lekki" stopień niepełnosprawności, który akurat nie daje mi żadnych benefitów, ale pracodawcy już tak.


Samolotem nigdy nie leciałem i na samą myśl o podróży robi mi się słabo. Nie to, że boję się latać, ale bałbym się o to, jak zareagowałby mój organizm i o tę całą otoczkę przygotowania, przylotu i ogarnięcia siebie. Dla mnie to zbyt duże psychiczne wyzwanie. Chyba o tym kiedyś napiszę więcej i rozwinę temat.


Wiecie... ja sobie w ogóle myślę patrząc na cały świat... że mnie dopadła TYLKO cukrzyca. Że to taka choroba, z którą super da się żyć, że to nie jest nic gorszego, bardziej przewlekłego i straszniejszego. Odkąd choruję, niesamowicie podziwiam innych zmagających się z gorszymi rzeczami i żyjących jak normalni ludzie. W ogóle choroba zmieniła moje podejście do życia, zacząłem doceniać malutkie drobnostki, przestałem przejmować się pierdołami, oraz krytyką ludzi (taką bezpośrednią, a nie konstruktywną i pomocną). Zupełnie inaczej patrzę na każdego człowieka, staram się go zrozumieć i jego problemy, często rozdaję dobre słowa w kierunku innych ludzi, uśmiecham się więcej, rozumiem, że każdy w głębi siebie ma jakieś problemy, ale pokazuje tylko maskę, bo tacy już jesteśmy i ja też taki jestem - uśmiechnięty, ale cierpiący.


Nigdy też nie chciałem, żeby ktokolwiek się nade mną litował i stąd też moje problemy psychiczne, bo ja mogę nie chcieć, ale mój mózg ma to w d⁎⁎ie i jak coś chce to to robi. O historiach mojego załamania wśród innych ludzi na pewno napiszę więcej, bo to właśnie te historie sprawiają, że chcę się zmienić i zawalczyć o swoje zdrowie psychiczne.


O sikaniu do toalety poza wodą nie słyszałem ale słyszałem, że spieniony mocz jest bardzo dużym objawem (akurat nie cukrzycy, tylko białka pojawiającego się w moczu, co może nawet zagrażać życiu). O samym moczu warto też wspomnieć, żeby badać ketony - produkty uboczne spalania tłuszczy przy "głodzonym" organiźmie. Dla cukrzyka to stan zagrożenia życia i długi pobyt w szpitalu. Z tego powodu cukrzykom zakazuje się diety "keto", a zwykła grypa żołądkowa może być stanem zagrożenia życia.


Czy miałem miłość do słodyczy? Ja akurat tak. Lubię słodkie rzeczy i nawet dzisiaj ich sobie nie odmawiam. Ale dla mnie "słodkie" to raczej kierunek czekolada, niż czyste cukierki, czy żelki. Staram się łączyć słodycze z tłuszczem, ich wchłanianie jest dużo lepsze w organizmie (w sensie wolniejsze) i łatwiej skorygować cukier. Sam jeszcze przed liecum (lata przed chorobą) zrezygnowałem z cukru do kawy i herbaty bo nie smakowały mi takie napoje.


Natomiast jeśli chodzi o ilość to nie były to przesadnie duże ilości. Czasami była to czekolada na tydzień, a czasami po jednym waflu "Grześku" dziennie. Raczej był to dodatek po obiedzie niż jakiś główny posiłek. Za dzieciaka zostałem nauczony, że to właśnie są takie drobne nagrody, więc nie przesadzam z nagradzaniem siebie, bo nie ma za co nagradzać


Ale wiecie, świat i organizmy ludzkie już tak działają, że niektórzy mogą jeść mnóstwo słodyczy i nic im nie jest, niektórzy palą latami, a dożywają setki i umierają na jakąś pierdołę. Niektóre noworodki rodzą się z wadami, które zmienią ich całe życie a nawet nie są temu winne. To bardzo przykre, ale niestety tak to działa...


Jeśli chodzi o wizyty w szpitalu, codzienne problemy, samopoczucia, o mojej codzienności i wsparciu innych - napiszę na pewno więcej w przyszłości, będzie tego dużo, ale wolę rozdzielić to na odrębne wpisy (serio czytacie wszystko co napisałem?! kto ma na to czas!)


Dzisiaj tak troszkę luźniej, ale to dlatego, że też i dzień był trochę bardziej pracowity i... działo się dużo dobrego. Jak dzieje się dobre, to nie piszemy o złym. Pamiętajcie. Korzystamy z dobrego dnia i dobrego samopoczucia


Postanowiłem też, że od dzisiaj będę tagował moje wpisy tak jak prosiliście. Wybrałem tag #blogzcukrzyca bo... w sumie moje długie wpisy to jak prowadzenie bloga z cukrzycą. No i ta nazwa była wolna


Dziękuję wam jeszcze raz serdecznie za wszystkie komentarze i wpisy, usiadłem teraz do kompa i złapałem się za głowę - dosłownie. Pozdrawiam wszystkich gorąco... albo nie... zimno! Są takie upały, że nawadniajcie się!

Zaloguj się aby komentować