Wiele osób korzysta z lata, aby przygotowywać napary przeróżne. Miętę, melisę, lipę itd. Ja postanowiłem zrobić napar z wierzbówki kiprzycy - tzw. Iwan czaj. Jego przygotowanie jest bardziej skomplikowane niż zwykłego zerwij i zasusz. Od początku kojarzył mi się z przygotowywaniem herbaty, w tym wypadku czarnej. Ale herbata nie rośnie w Polsce, pod tym względem przewyższa ją wierzbówka. Ogólnie wierzbówkę zbiera się, suszy, doprowadza do oksydacji, fermentuje i w końcu suszy. Iwan czaj ma działać kojąco na układ nerwowy, łagodzić bóle głowy i wspomagać odporność. Ze względu na dużą zawartość antyoksydantów reklamowany jest jako środek oczyszczający organizm. Są to właściwości cenne, ale nie przesadzone - brzmiące jak lek na grypę, raka, katar i płaskostopie.
Już rok temu, po znalezieniu wydajnego złoża, próbowałem to wyprodukować czaje, ale nie do końca się udało - fermentacja nie zaszła i otrzymałem suszoną wierzbówkę, co najwyżej zrolowaną. Ale była smaczna, więc nie byłem rozczarowany - sam napar to też jest coś. Na ogół wierzbówkę wsadza się do piekarnika na 50 stopni, aby fermentowała przez kilka godzin.
Kombinując, że w takim wypadku, jeśli się uda w 100% będzie świetnie, a jeśli nie, też dobrze. W tym, korzystając z piekielnego upału ostatniego tygodnia czerwca. Zbieranie jest czynnością przyjemną, z reguły zdecydowanym ruchem ręki ściągamy z łodygi liście. Najcenniejsze są końcówki z jeszcze nie kwitnących egzemplarzy, ale nie są w stanie zapewnić masy. Po zbiorze wierzbówka trafiła na niemal dobę do suszenia w piwnicy. Ogólnie to suszenie powinno trwać aż liście staną się na tyle suche, aby stały się plastyczne - po wygięciu nie wracają do poprzedniej pozycji. Kwiatki widoczne na zdjęciu 2. trafiły osobno do suszenia.
Preparowanie iwan czaju w kolejnym etapie polega na wywołaniu fermentacji poprzez naruszenie struktury liścia. A mówiąc po ludzku liście można rolować z osobna, w większej grupie, robiąc kulkę. Dodatkowo traktowałem je tłuczkiem. Przecinałem tylko na pół. Bardziej inwazyjna metoda zakłada zmielenie w młynku surowca, albo posiekaniu ich - aby otrzymać pulpę. Ja tego nie robiłem chcąc zachować w miarę całe liście. Powinny puścić soki, stać się lekko lepkie. Liście zapakowane szczelnie umieściłem w dwóch słojach, większym i mniejszym. Po czym, w sobotę rano wystawiłem je na słońce. Na początku nie zakryłem słoików, a przykryłem mokrym ręcznikiem, dopiero popołudniu zakryłem je. Wydaje mi się, że mogłem to zrobić od razu. Słoiki fermentowały do poniedziałku popołudnia, w sobotę i niedzielę zaznały temperatury zapewne 50 stopni w słońcu, na nagranym chodniku/schodach. Na noc wracały do wnętrza, gdzie wciąż było 25 stopni.
Jak wyglądała wierzbówka w sobotę rano i jak w poniedziałek popołudniu dokumentują zdjęcia 3 i 4. Wierzbówka z żywej zieleni stała się zgniłozielona. Jej zapach zmienił się z ziołowego na słodki, charakterystyczny dla kompotu. Wtedy zacząłem ją wyjmować - a że była skompresowana trwało to trochę. Porcjami trafiała na patelnię, gdzie miała przejść prażenie - aby stracić wilgoć, ale i przejść ostatni z procesów. Stygł jeszcze następne 24 godziny. Łącznie wyszły trzy opakowania po lodach, które musiałem w ramach przygotowań kupić i opróżnić. Ale jak się nie poświęca to nie ma efektów.
Otrzymany susz jest już wyraźnie ciemniejszy, pokryłem go kwiatkami wierzbówki dla efektu. Stygł i czekał tydzień na otwarcie. Jakby nie smakował zapewnił mi namiastkę przygotowywania herbaty.
#diy #ziololecznictwo #hejtoherbata





