W sumie to już nawet nie chce mi się pisać, ale wrzucę dla porządku. Rano dokarmione wszystko, pierwszy z lewej nowy żytni - kompletna padaka, te bąbelki w nim widoczne zostały po mieszaniu rano i nic nowego tam nie przyrosło, nic co dawałoby jakąkolwiek nadzieję że chociaż coś tam się tli. Jest zakwaszone całe, nie zepsute - nie śmierdzi, po prostu czuć tylko kwas mlekowy jak z ciepłego jogurtu co postał na blacie. Żadnych nut alkoholu, acetonu, fermentującego siana. Tylko kwas.
Drugi słoik to część tego co nastawiłam, ale tu dorzuciłam niewielką ociupinę pszennego. Widać, że rośnie, ale zapach to nie to, o co chodziło. Powinien mieć bukiet fermentującej trawy, owocowo-miodowo-acetonowy, przywodzący na myśl rozgrzane pola i żniwa. Taki był mój zakwas który udało mi się kiedyś zrobić. Choć chleb na nim wyrastal tak se, to w smaku był dobry.
Trzeci słoik to pszenny, który mam od trzech lat. Stał ponad miesiąc w lodówce, wyciagnęłam i dokarmiłam. Swoją drogą, pszennego drugi raz też mi się już nie udało wyhodować, działo się z nim dokładnie to samo co z żytnim - kisł tylko, a drożdze się nie pojawiały. Na szczęście udało się wtedy odratować tamten stary.
Może faktycznie spróbuję jeszcze raz, ale sterylnie jak w labie, w rękawiczkach. Może bakterie z mojej skóry kolonizują słoik, wybijając wszystkie drożdże?
#bojowkapiekarska

