W Polsce nie ma kultury inwestowania, tylko jest kultura szukania jelenia.
Po ponad 10 latach jebania w sprintach znudziło mi się kodoklepstwo i chciałem wejść z keszem w jakiś istniejący lub powstający biznes. I co? I gówno. Każdy traktuje cię jak dawcę kapitału a) do realizacji swojego marzenia bez ponoszenia ryzyka b) ma swoją firemkę, która wykona zlecenie od nowo założonej spółki. O punkcie pierwszym nawet się nie rozwijam, bo to od razu widać w rozmowie, że koleś ma grejt ajdija i szuka frajera. Drugi przypadek jest trudniejszy, bo niby druga strona się dorzuca po równo do projektu, ale organizuje wykonawstwo. W efekcie nie masz kontroli nad wydatkami i wkład tego drugiego foundera bardzo łatwo można przetransferować z powrotem do jego kieszeni, nawet jeśli w tle dzieje się jakiś development.
Najśmieszniejsze, że takie próby wałów dzieją się przy kwotach z punktu widzenia biznesu w US po prostu śmiesznych, bo nikomu ponad 100k USD na MVP nawet wirtualnie na stół nie położyłem, a tu już się wazelina do ruchania lała prosto z cysterny. W cywilizowanym świecie masz rundy finansowania, a w kraju z kartonu founder chce na etapie seed sprzedać 50% swojego udziału za jakieś grosze zamiast zrobić to w formie wejścia na rozwój. No i jak tu ma się coś rozwijać? #zalesie