Upasł nam się trochę prosiaczek w ostatnim czasie przez święta, wakacje w listopadzie, problemy z plecami i kolanem (które poniekąd też wynikają z wagi) i generalne zgnuśnienie (weekendy zalane browarem i żarcie bez opamiętania). To dopiero tydzień, więc zrzucona waga, to pewnie w większości woda, ale jestem zadowolony - głównie z tego, że spędziłem weekend zupełnie inaczej, niż jestem przyzwyczajony w ostatnich miesiącach, jeśli nie latach.
Zacząłem zapisywać co jem i na razie wydaje się to być gamechanger, bo wtedy w ciągu dnia mam takie pełne poczucie świadomości ile kcal już wjechało, jak tłusta może być kolacja, itp. W tygodniu posiłki były dość powtarzalne, oparte na normalnym jedzeniu (kurczak, skyr, ryby, warzywa), bez podjadania i bez dobijania kalorii wieczorem. Weekend inny niż dni robocze, ale nadal pod kontrolą - bez totalnego odpuszczania i bez nocnego jedzenia po alkoholu, ani alkoholu w ogóle.
Alkohol: brak
Słodycze: brak
Trening: 3x sesje na siłowni na plecy i kolano
Aktywność dodatkowa: rower 2h, spacer 5km, badminton 1h, 73 piętra po schodach :)
#hejtokoksy
