#rosja #pravda #wojna
Obiecalem sprawdzic - wiec calosc tlumaczenia dedykuje @kodyak
„Nie wybaczę sobie, że nie dałam im szansy na życie”: Jak w okolicach Tuapse ratuje się koty i psy po „deszczu ropy” –
Ośrodek turystyczny w pobliżu Tuapse stał się miejscem schronienia dla psów i kotów po atakach ukraińskich dronów
Pod Tuapse, w kurortowej miejscowości Shepsi, znajduje się baza turystyczna „Morska”. Miejsce jest wspaniałe, do morza – 30 metrów. Jednak w ostatnich tygodniach przygotowują się tu nie do rozpoczęcia sezonu letniego i przyjazdu wczasowiczów, ale do przyjęcia czworonożnych gości, którzy potrzebują pilnej pomocy. Dla dziesiątek kotów, psów, jeży, ptaków i żółwi jest to oaza nadziei i ratunku. Do tego prowizorycznego schroniska przywożone są z całego Tuapse psy i koty pokryte ropą naftową.
Przypomnijmy, że od połowy kwietnia Tuapse doświadczyło czterech ataków wrogich dronów. W wyniku nalotów wybuchły pożary w lokalnym porcie i na rafinerii, a produkty ropopochodne rozlały się po okolicy. Z tego powodu wiele bezdomnych zwierząt znalazło się na skraju śmierci. Jedne z nich żyły na terenie rafinerii, której zbiorniki ucierpiały w wyniku nalotu; inne znalazły się pod „deszczem ropy”, który spadł po pożarze; jeszcze inne wdychały toksyczne opary i piły brudną wodę z kałuż.
Dziennikarka „Komsomolskiej Prawdy” Natalia Varsiegowa odwiedziła ośrodek turystyczny, który zamienił się w schronisko dla zwierząt
– Psy i koty nie rozumieją, że to trucizna – mówią mi wolontariusze. – Chodzą prosto po maśle, które wbija się między poduszeczki łap. Toksyczny brud przykleja się do sierści, a na brzuchu – zeszklona sadza. Ale najstraszniejsze jest to, że wszystko to wylizują, zatruwając się.
ROBIN ŁASKOWY I WOLCZUNIA PUGILIVA
Cała baza „Morska” to dwa duże dwupiętrowe domki z pokojami 1-, 2- i 3-osobowymi z udogodnieniami, a pomiędzy nimi zadbany teren. W kabinach prysznicowych, gdzie zazwyczaj wczasowicze zmywają sól morską, toczy się teraz walka o życie. Szum wody, ciężki oddech zwierząt, piski kotów… W pokojach zamiast łóżek i szafek – klatki ze zwierzętami. Prawie wszystkie są już umyte i nakarmione. Pozostało przywrócić im zdrowie, u wielu zostało ono poważnie nadwyrężone.
Na przykład rudy kotek Robin Łagodny (tak nazwali go wolontariusze) w swojej klatce – ciągle kicha z powodu ropnego zapalenia błony śluzowej nosa. Obok niego, w równie przestronnej „izbie”, siedzi puszysta kotka Wolczunia o niezwykle pięknym srebrzysto-siwym umaszczeniu. Biedactwo siedzi przytulone do tylnej ścianki klatki. Wystarczy spojrzeć jej w oczy, by zrozumieć – przeżyła ogromny stres. Strach, ból i niezrozumienie tego, co się dzieje – wszystko to widać w jej spojrzeniu.
NIKT, POZA NAMI
Wolontariuszka Galina z Goryachy Klyuch profesjonalnie zajmuje się kotami. Całe dnie spędza na dyżurze w klinice, opiekując się chorymi futrzakami. Najczęstszym problemem są infekcje wirusowe: wymioty, biegunka, kichanie. Weterynarze przepisują leczenie, a Galina stosuje się do ich zaleceń.
Urocza brunetka Rosa, mama niepełnosprawnego dziecka, przyjechała do Shepsi z Krasnodaru. Przez ponad tydzień pomagała w schronisku i łapała bezdomne koty w dotkniętych katastrofą dzielnicach Tuapse. Jej „połów” to ponad 20 kotów.
– To skomplikowany proces, wymaga pewnych umiejętności – mówi. – Kot żyjący na ulicy nigdy nie da się złapać na ręce. Potrzebne są siatki, podbieraki i pułapki, do których wkładamy karmę; kot wchodzi do środka, a drzwiczki się zamykają.
– A po co je łapać? – zadaję Rosie niewygodne pytanie. – Są bezdomne, nikomu nie są potrzebne. Zginą, nikt nie będzie ich żałował.
– Będę tego żałować i nie wybaczę sobie, że nie dałam im szansy na życie – odpowiada stanowczo wolontariuszka. – Potrzebują pomocy i nikt ich nie uratuje, tylko my.
KTO SIĘ ZAGRAZZA, TEN SIĘ NARAŻA
Właściciel hotelu dla zwierząt w Majkopie, Igor Lantrat, przyjechał specjalnie wraz ze swoim pomocnikiem do Tuapsa, aby łapać bezdomne psy. Do tego celu ma ze sobą zarówno sieci, jak i nawet kinetyczną klatkę na psy – specjalną klatkę z automatycznie opuszczanymi drzwiczkami.
– Jesteśmy tu już ponad tydzień, w tym czasie złapaliśmy 40–50 czworonogów – opowiada Igor. – Niektóre z nich musieliśmy łapać aż dwa razy! Ponieważ najpierw je łapaliśmy, w schronisku wolontariusze je myli, opatrywali, a my wypuszczaliśmy psy z powrotem do ich poprzednich miejsc zamieszkania. Ale po nowych atakach znów łapiemy te same psy. Dlatego podjęliśmy decyzję, aby nie wypuszczać ich już na ulicę, tylko znaleźć im nowe domy.
Wolontariuszka Elena Lifareva przyjechała z Lazarevskogo 23 kwietnia. W schronisku nazywają ją szefową ds. psów, bo wie, jak się z nimi właściwie obchodzić.
Razem z Leną wyprowadzamy jej ulubieńca – psa o imieniu Chelyust. Swoją ksywkę dostał przez uszkodzoną szczękę. Najwyraźniej jakiś potwór kiedyś odpalił obok niego petardę. Teraz pies nie ma zębów ani dziąseł, a oddycha tylko jedną dziurką w nosie.
Czeljust trafił do schroniska „Morskaja” w stanie mocno zabrudzonym. Do dziś nie udało się go całkowicie umyć. Przez dwa dni nie pozwalał nikomu się zbliżyć, ale stopniowo zaczął się otwierać na ludzi, a teraz nawet mnie, zupełnie obcej osobie, pozwolił się pogłaskać.
– Zaskakujące jest to, że psy trafiają do nas w stanie silnego stresu, ale nie szczekają, nie gryzą, tylko warczą – mówi Elena. – Gdy tylko pies trafia do nas, w pierwszej kolejności oceniamy jego stan. Niektóre zwierzęta nie były w stanie nawet wstać, tak silne było zatrucie. Takie zwierzęta pozostają do dziś w izbie chorych pod całodobową obserwacją. Jeśli natomiast widzimy, że pies jest w stabilnym stanie, rozpoczynamy zabieg mechaniczny. Najpierw strzyżemy i ścieramy zeszklone warstwy mazutu. Następnie dokładnie wyczesujemy resztki brudu. Potem przecieramy zanieczyszczone miejsca olejem roślinnym (zmiękcza on wżarty mazut) i zabieramy zwierzę pod prysznic. Tam obficie namydlamy i spłukujemy. Często trzeba powtórzyć płukanie po raz drugi, a czasem nawet trzeci, aby zmyć całą truciznę. Wszystko, co ścięliśmy i zeszlifowaliśmy, trafia do utylizacji. Z tym nie można żartować: olej napędowy to trucizna nie tylko dla zwierząt, ale i dla ziemi.
I NA KONIEC
Od momentu otwarcia (a minęło już około dwóch tygodni) w schronisku uratowano już około 60 psów i pięćdziesiąt kotów. Nie odnotowano tu ani jednego przypadku śmierci. Kilka zwierząt znalazło nowe rodziny, kilka trafiło do tymczasowych domów, a te w najtrudniejszym stanie czeka jeszcze długie leczenie. Przez cały ten czas opiekę nad nimi będą sprawować wolontariusze.
Ale po co im to? Co sprawia, że opuszczają domy, biorą urlop w pracy, aby, przepraszam, całe dnie spędzać na myciu i pielęgnacji bezdomnych zwierząt?
– Dla wielu z nas to jedyny sposób, by się uspokoić i poczuć się potrzebnymi w obliczu tragedii – powiedziała mi jedna z wolontariuszek. – Doszło do ataków, w mieście panuje chaos. Co ja osobiście mogę zrobić, by to się nie powtórzyło? Nic. Ale mogę pojechać na jeden dzień i umyć psa z mazutu, albo po prostu go nakarmić, wyprowadzić na spacer. W ten sposób pomagam sobie zmniejszyć poczucie niepokoju. Troska o innych, o tych, którym jest ciężej, leczy duszę. Teraz wiem to na pewno.
A TAK PRZY OKAZJI
Jak Żuża wróciła do domu
Ekaterina Dereviannaja, mama przebywająca na urlopie macierzyńskim, przygotowuje się do powrotu do domu w Sankt Petersburgu. Od ponad tygodnia wraz z wolontariuszami myła i leczyła zwierzęta. Jednak za swój główny cel uważa nie tyle opiekę nad zwierzętami, co znalezienie im nowych domów. Nie da się trzymać ich w schronisku na stałe, trzeba zwolnić miejsce dla nowych pensjonariuszy.
– Potrzebujemy ludzi, którzy mogą znaleźć zwierzętom domy w schroniskach lub rodzinach – apeluje Ekaterina. – Bardzo ważne jest, aby tacy ludzie się zgłosili. Na pewno są w Moskwie i w Petersburgu. Prosimy was, błagamy – pomóżcie znaleźć właścicieli dla naszych podopiecznych!
Nawiasem mówiąc, jeden z psów o imieniu Żuża znalazł nowy dom dosłownie przedwczoraj. Rano do „Morskiej” przyjechała wolontariuszka Tatiana, która cały dzień spędziła w kuchni, przygotowując posiłki dla wszystkich. Wieczorem poproszono ją, aby wyprowadziła Żużę na spacer.
– Wróciły ze spaceru, zaczęłam filmować Żużę, żeby wrzucić to do sieci – może ktoś ją weźmie – opowiada Ekaterina. – Tatiana pyta: „Po co filmujesz?”. Wyjaśniłam. Ona mówi: „Poczekaj, zadzwonię do męża”. A trzy minuty później – zabieramy Żużę!
Cała rodzina Tatiany – mąż i siedmioro dzieci – przyjechała do schroniska po Żużę. Dla każdego z nich stała się od razu prawdziwą przyjaciółką. Ekaterina pokazuje mi filmik, na którym Żuża i Tatiana razem biegną radośnie w kierunku samochodu. Żuża nawet nieco się nadęła z dumy – w końcu będzie miała teraz swój dom i rodzinę.
WARTO WIEDZIEĆ!
Jeśli chcesz pracować tutaj jako wolontariusz lub zabrać uratowane zwierzę do domu, skontaktuj się z infolinią „Szansa na życie”:
+7 (918) 324-22-33
Obsługuje połączenia telefoniczne i wiadomości w komunikatorach. Infolinia działa od 9:00 do 20:00




