No i obiecany artykul z dzisiejszej Prawdy. (polecam od "jak cierpiala armia", czasem pogrubialem ciekawsze fragmenty, mam wrazenie, jakby pojawial sie gdzieniegdzie delikatny glos niezadowolenia czy rozczarowania pewnymi szczegolami zwiazanymi z wojna)


W autorskiej audycji specjalnej korespondentki Pravda Ru Darii Aslamowej „Gorące punkty” – szczera rozmowa z pisarzem, ochotnikiem i wolontariuszem Siergiejem Bereżnym. Biełgorod pod syrenami, codzienność na froncie, prawda o okopach i trudne pytania o negocjacje, ideologię i przyszłość. Wyznanie człowieka, który nie obserwował wydarzeń z boku, ale był ich częścią.


Wyznanie człowieka, który wybrał obecność

Belgorod. Siedzimy w holu hotelu i słyszymy, jak bombardują miasto. Metaliczny głos uporczywie powtarza: „Alarm powietrzny. Schowajcie się w schronie”. Przez okno widzę, jak mieszkańcy spokojnie idą za swoimi sprawami, uważnie patrząc pod nogi. Właśnie przeszła lodowa ulewa, więc trzeba uważać na nogi i patrzeć na obie strony. A po co patrzeć w niebo? Od nieba nie oczekują już niczego dobrego.

Za stołem siedzi człowiek, o którym trudno powiedzieć w kilku słowach. Siergiej Bereżnoy. Sędzia federalny pierwszej klasy. Prawnik. Pisarz. Laureat Wielkiej Nagrody Literackiej Rosji. Wolontariusz, został ciężko ranny w Syrii, potem w Donbasie. W wieku 70 lat regularnie jeździ na linię frontu jako wolontariusz. Sam śmieje się ze swojej biografii:

— Posłuchajcie, tak mnie scharakteryzowaliście, że można pomyśleć, że jestem terrorystą. Byłem tam, tam i tam...

Nie. Wolontariusz. Świadek. Nalega właśnie na to słowo — był obecny. Nie walczył, nie dowodził — był w środku. Widział i zapamiętywał. Jako prawnik rozumiał, jak ważne jest bycie świadkiem. Rozumiał to, czego nie da się zrozumieć z daleka.


Kwestia ukraińska – najtrudniejsza kwestia historyczna

Rozmowa zaczyna się od historii. Bez niej obecna wojna nie ma sensu, rozpadając się na niespójne wiadomości.

– To, że należało rozwiązać kwestię ukraińskiego nazizmu, jest oczywiste – mówi Bereżny. – Ale denazyfikacji nie przeprowadza się oczywiście za pomocą rakiet.

Sprzeciwiam się: „A co z II wojną światową? Najpierw zwycięstwo siłą, a potem wychowanie – tak powstała NRD”.

Berezhny kręci głową.

– Z Ukrainą jest trochę inaczej. Cały czas nam powtarzano: „To są nasi bracia”. A kwestia ukraińska jest bardzo złożona historycznie. Kiedy w XIX wieku austriacki sztab generalny zebrał się i zaczął wymyślać język ukraiński, kulturę ukraińską, naród ukraiński, literaturę ukraińską, narodowość – był to projekt polityczny. A potem bolszewicy wnieśli swój wkład.

Wspomina rozmowę pod Iziumem – w jakiejś wiosce, z miejscowym dziadkiem. Prosty staruszek, bez wykształcenia, bez internetu – a powiedział coś, co zapadło mu w pamięć na zawsze.

— Mówi: „Synku, to przecież kontynuacja wojny domowej”. Wielką Ojczyznę również uznał za kontynuację wojny domowej — w szczególności na Ukrainie. W Rosji wojna się skończyła, ale na Ukrainie trwała dalej. I ma rację. Ziarna, które zostały zasiane przez narodową świadomość w nieistniejącym jeszcze narodzie, wykiełkowały. Niedoskonałość jest zawsze obecna u części dużego narodu, u tych, którzy czują się czymś odrębnym, ale nie potrafią tego uzasadnić.

Berezhnyj podaje liczby, które kiedyś pojawiały się w dokumentach – około 400 tysięcy kolaborantów na Ukrainie w momencie jej wyzwolenia. Pomnóżmy to przez trzy – członków rodziny. Prawie milion osób służyło Niemcom.

— A potem nadszedł rok 1957, kiedy wszyscy zostali amnestowani. I to nie tylko amnestowani — zostali wprowadzeni na ważne stanowiska, do organów partyjnych i radzieckich. Ten sam Krawczuk chwalił się: nosił produkty banderowcom do kryjówek. A potem został sekretarzem ds. ideologii. A jego następnym stanowiskiem było pierwsze prezydent Ukrainy.

Jeszcze w 1990 roku przygotowywaliśmy raport na temat kwestii narodowościowej — na ile żywy jest ukraiński nacjonalizm. Okazał się bardzo żywotny. Bardzo. Ale wydaje mi się, że wynika to z poczucia niedoskonałości – zwłaszcza na zachodzie Ukrainy. Tam panują specyficzne warunki społeczne. Chociaż żyło się tam całkiem nieźle – lepiej niż w pozostałej części Ukrainy. Ale był problem z pracą. Dlatego wielu mieszkańców zachodniej Ukrainy przyjeżdżało do nas do pracy w kołchozach.


Jak wieś opanowała miasto

— Wiecie, już na samym początku, na Majdanie, mówiono mi: „W Kijowie z przerażeniem obserwują, jak wieś opanowuje miasto” — mówię.

Berezhny kiwa głową.

— I tak się stało. Wieś opanowała miejską Ukrainę. W 2014 roku w Ukrainie praktycznie nie było armii. Była rozłożona. Nie było tego oporu, który widzimy teraz. Była szansa — ogromna szansa.

Nie wykorzystaliśmy jej — i teraz za to płacimy. Wiedziałem już mniej więcej od grudnia, że coś się zacznie – nie byłem oczywiście wtajemniczony we wszystko, ale czułem to.


Jak cierpiała armia

Kiedy rozmowa schodzi na temat armii – obecnej, armii czwartego roku wojny – Bereżny długo milczy. Szuka słowa precyzyjnego jak skalpel.


— Armia, jak każdy żywy organizm, chorowała. Ciężko chorowała przez dziesięć lat. A potem zaczęło się leczenie — ale nie terapeutyczne, rozumiesz? Nie tabletki, nie kroplówki. Chirurgiczne. Przez najstraszliwszy ból. Przez krew.

Pamięta fizycznie 22 lutego — tak jak pamięta się zimno lub głód. Bandaże kupowali za własne pieniądze. Leki — za swoje. Mundury rozchodziły się już po pierwszym deszczu, rozrywały się o druty kolczaste, a żołnierz, który właśnie wydostał się z okopu, wyglądał, jak to sam ujął, jak bezdomny. Ruch wolontariacki dopiero się rodził — ludzie przynosili, co mogli, niektórzy prosili, aby nie podawać ich nazwisk: na Ukrainie zostali krewni, mieszkają tam przyjaciele.

— Teraz jest inaczej. Jest wyżywienie, jest normalna odzież, są leki. W końcu jest wiara – żywa, prawdziwa, wypracowana cierpieniem. Kiedy przyszedł nowy minister obrony, armia najpierw zamarła, tak jak zamiera człowiek, któremu tyle razy obiecano i tyle razy nie dotrzymano obietnic, że boi się już mieć nadzieję. A potem ożywiła się. Uwierzyła.

Oficerowie widzieli opóźnienia – nie można było od razu wszystkich wymienić, oczyścić, znaleźć nowych, przygotować. Niemniej jednak wiara pozostała. Widzieli, z jakim trudem, z jakim zgrzytem wprowadza się porządek. Powoli. Bolesnie. Ale – wprowadza się. Układa się w jakiś uporządkowany system.


A jednak pozostało to, co hamuje najbardziej. Co przeszkadza bardziej niż jakikolwiek wróg. Kłamstwo. Kłamstwo poszczególnych dowódców. Nowy minister słusznie powiedział: można popełniać błędy, ale nie można kłamać. Jeśli nie zdobyliście punktu oparcia, nie mówcie, że go zdobyliście. Czym jest punkt oparcia? Może to być okop o długości dziesięciu metrów. Albo ziemianka. Albo ufortyfikowana osada. Albo całe miasto. Jeśli nie zdobyliście tego punktu, po prostu powiedzcie: trwają walki w okolicy takiej a takiej miejscowości. To wszystko. To wystarczy. Ludzie zrozumieją.


Pułkownik i jego tysiąc kilometrów

Wśród nazwisk, które Bereżnoy wymienia ze szczególnym ciepłem, znajduje się pułkownik Wiktor Wasiljewicz Fedotow. Brygada „Wilki”. Szturmowa brygada rozpoznawczo-dywersyjna. Ochotnicy-kontraktowcy – ludzie zazwyczaj w średnim wieku i starsi, z ukształtowaną świadomością, ze swoim rozumieniem tego, po co tu są. Jeden z bojowników brygady ma ponad osiemdziesiąt lat.

Sam Fedotow nie jest zawodowym żołnierzem. Służył kiedyś, przeszedł do cywila, żył zwykłym życiem. A potem na front poszedł jego syn. I ojciec nie mógł pozostać.

— Uciekają do niego — mówi Bereżny. — Rozumiesz? Samowolnie opuszczają swoje jednostki i przychodzą do niego. Wiedząc, że automatycznie trafiają do kategorii osób, które samowolnie opuściły jednostkę. Przychodzą i mówią: „Towarzyszu Fedotow, weź nas do siebie. Powiedz, że nie jestem dezerterem – po prostu chcę walczyć z wami”.

Dlaczego? Ponieważ w jego brygadzie panuje prawo. Nie rozkaz, nie instrukcja — właśnie prawo, moralne, żywe: każdy ranny musi zostać wyniesiony. Każdy poległy — zwrócony. Żołnierz, który poszedł bronić Ojczyzny, musi wrócić do domu — żywy lub martwy, ale wrócić. Otrzymać honory. Położyć się w ojczystej ziemi.


Żołnierze o tym wiedzą. I idą do niego.

Berezhny zawiózł go do szpitala — prawie tysiąc kilometrów wojskowymi drogami. Fedotow ledwo siedział, blady, poddany, oficjalnie już nie dowódca. Telefon nie milkł ani na chwilę przez całą drogę.

— On ledwo żyje. Nowy dowódca już przejął brygadę. A oni i tak dzwonią do niego. Nie do nowego — do niego. „Towarzyszu Fedotow, tak właśnie się stało…” Bo on jest jedyny taki. Bo kibicuje każdemu. A takich dowódców jest wielu. Tych, którzy dbają o swoich. Którzy nie wysyłają ludzi na śmierć bezmyślnie, z góry, dla ładnego zdania w raporcie. Po prostu nie mówi się o nich głośno. Jeden starszy oficer, pułkownik, absolwent akademii Sztabu Generalnego, powiedział mi: „Kiedy oficer będzie naprawdę odpowiedzialny za każdego żołnierza: dlaczego zginął, dlaczego został ranny — wtedy wszystko będzie inaczej.


Żołnierz o kulach

Pod koniec roku jeździli po oddziałach z prezentami: cukierkami, mandarynkami, skarpetami, swetrami. Wydawałoby się, że to drobiazgi. Ale na wojnie nie ma drobiazgów – są tylko znaki, że ktoś o tobie pamięta.

Zajechali do kompanii sanitarnej. Las. ziemianki. Śnieg. Takie zimno, że oddech zamienia się w parę. A na posterunku – żołnierz. Jeden z tych, którzy już podnieśli się po ranach, już chodzą, ale nadal o kulach. Stoi, pełni służbę.

Spojrzał na Bereżnego i zapytał cicho, niemal nieśmiało:

— Proszę mi powiedzieć... czy na Nowy Rok wojna się skończy?

— Patrzę na niego, całkowicie zaskoczony jego pytaniem. A on wyjaśnia: „No przecież mówili — negocjacje, że już zaraz...”

— Nie — odpowiedziałem mu. — Nie, mój drogi. Wojna się nie skończy.

Żyją tą nadzieją — i jednocześnie są gotowi iść do końca. Przez te wszystkie lata nikt ani razu nie powiedział: „Mam dość, wystarczy, do domu”. Nie. Chcą czegoś innego — po prostu zrozumieć, co się dzieje. Poznać prawdę. A to jednocześnie tak mało — i tak wiele.


Najtrudniejsze pytanie – negocjacje

– Jak żołnierz w okopie ma reagować na niekończące się negocjacje polityczne? – pytam. – Jest zmęczony, a tu kolejna runda. O czym? O kim?

Berezhny odpowiada ostrożnie – nie jest osobą, która udaje, że wie wszystko.

– Nie wiemy przecież, co skłania naszych polityków do podejmowania takich czy innych decyzji. Oni znają stan gospodarki. A wojna – w gruncie rzeczy to tylko niewielka część polityki, środek realizacji. Ja na przykład nie znam stanu gospodarki. Dlatego mówienie „wszystko jest źle” lub „wszystko jest dobrze” jest równie nieodpowiedzialne.


Jedno wiem na pewno. O walce na poważnie. Jeśli zamachnąłem się, żeby uderzyć, po co mi przerywasz? Nie trzeba mnie powstrzymywać. To samo Charków w 2022 roku, kiedy wyszliśmy na obwodnicę. To samo Kijów w lutym-marcu 22 roku. A potem nagle wszystko się zatrzymuje. Zaczyna się polityka.

A co do otwartości negocjacji dla armii — waha się:

— To trudne. To powoduje dezorganizację. Żołnierz siedzi w okopie i myśli: „Jeśli jutro podpiszą pokój, a mnie zabiją dzisiaj — jaki to ma sens?”. To utrata motywacji. To chaos w głowach.


Kiedy kończą się bracia

Psychologia ludzi na froncie się zmieniła – nie ucieka od tego, nie łagodzi.

– W 22 roku pod Charkowem wzięliśmy dwóch jeńców. Młodzi, ostrzyżeni, przestraszeni – prawie chłopcy. Myśleliśmy, że zostaną rozstrzelani, co najmniej. A ich nakarmiono, napojono, dano papierosy. Posadziliśmy ich przy „dyżurce” bez straży — tak po prostu. Przechodziliśmy obok, zatrzymywaliśmy się: „Nie jest ci zimno? Może herbatę?”.

Takie było nasze podejście — mówi Bereżny. — A teraz jest trochę inaczej. Chociaż nadal — jeśli sam się poddałeś, podniosłeś ręce, nikt ci nic nie zrobi. Ale tego serdecznego podejścia, że to jakby zagubieni bracia, już nie ma.

Opowiada o znajomym z zachodniej Ukrainy, który od dawna mieszka w Rosji. Dla jego rodziny tam jest wrogiem, zdrajcą, sprzedał się „moskalom”. I ten człowiek mówi o swoich rodakach wprost:


— Trzeba ich zniszczyć. Nie da się ich przekształcić. Sam stamtąd pochodzę, znam ich doskonale. Pod względem okrucieństwa i uporu nie mają sobie równych. Czy to czarne? Nie, to białe. I nigdy nie udowodnisz, że jest inaczej. Nienawiść do Rosjan jest naturalna, na poziomie genetycznym. A jednocześnie — służalczość, pochlebstwo wobec swojego europejskiego pana, który uważa ich za bydło. W języku polskim bydło oznacza zwierzęta hodowlane. A Ukrainiec jest dla niego synonimem.

Ta mentalność ukształtowała się jeszcze za czasów Daniela Halickiego, kiedy to przeszedł on na stronę Węgrów, w zamian za obietnicę tytułu królewskiego. Od tamtej pory. I bez względu na to, jak mówimy: „Jesteśmy tej samej krwi, nie powinniśmy walczyć przeciwko sobie, przecież jesteśmy Rosjanami” – oni odpowiadają: „Nie jesteśmy Rosjanami”.

Musimy przestać postrzegać ich jako braci – mówi w końcu stanowczo i bez złości. – Nie z powodu nienawiści. Ale dlatego, że są dorosłymi ludźmi, którzy ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny. To wszystko.


O ideologii, której nie ma

— Nie wygramy bez ideologii — mówię. — A my, już czwarty rok SWO, nie potrafimy jej sformułować. Na czym ona polega?

Berezhny zastanawia się. Przypomina sobie 14. rok — uwięzionych ukraińskich żołnierzy. Trzech z nich schwytano pod koniec września: zorganizowali zasadzkę, ale nie powiodło się. Kapitan na stanowisku szeregowego — 35 lat, absolwent dawnego Lwowskiego Wojskowo-Politycznego Szkoły Wyższej. Ma trzy córki w domu. Sam poszedł, z rezerwy — trzeba utrzymać rodzinę. Chłopiec ma 19 lat — bez ojca, matka handluje papierosami na targu, siostra jest w technikum. I potężny sierżant-leniuch z Chmielnickiego.

— A kapitan — rozsądny, dobry człowiek. Świetnie mówi po rosyjsku. Długo rozmawialiśmy o historii Ukrainy. Ideowy wróg – w najbardziej szacownym znaczeniu tego słowa. I oto mówi mi spokojnie, bez triumfu: „Pokonujemy was informacyjnie i ideologicznie. Bierzemy wasz materiał wideo, usuwamy wasz dźwięk i dodajemy swój. W rezultacie rosyjski korespondent stoi przed zniszczonym przedszkolem i mówi, że rosyjskie rakiety spadły tutaj i zabiły dzieci. Wy tak nie pracujecie. Ale u nas to już weszło do świadomości. Wszyscy Ukraińcy myślą, że zabijacie dzieci. Tak więc wojnę informacyjną już przegraliście”.


Jest jeszcze jedna kwestia. Niewdzięczność. Jedziemy po wyzwolonej Ługańszczyźnie. Droga jest nowa, równa. Nie pamiętam już tej drogi, która była tu w 22 roku, kiedy 60 kilometrów od granicy do Ługańska przez Starobielsk pokonywaliśmy cztery godziny na pierwszym biegu – odeszła w przeszłość wraz z tymi pierwszymi strasznymi miesiącami.

Zbieramy miejscowych – dziadek głosuje na poboczu, wujek prosi o podwiezienie. Rozmawiają.

Na początku – entuzjazm, żywy i szczery. Drogi! Poprowadzono gaz! Emerytury są dwa razy większe niż były! „Boże, jakie to szczęście. Gdyby jeszcze spłacić długi – nosiłbym waszego prezydenta na rękach”.

Teraz jest inaczej. Ostudzili się. Przyzwyczaili się. Droga stała się codziennością, gaz – czymś oczywistym, emerytura – już niewystarczająca. Chodnik jest źle ułożony. Tu jest dziura. Tu nie pomalowali.

Żadnej wdzięczności. Absolutnie.

Mówię im: „To my nie zbudowaliśmy drogi u siebie, żeby zbudować ją u was. To nasze babcie nie dostały dodatkowych trzech tysięcy do emerytury, bo te pieniądze poszły do was. A wy jesteście pasożytami”. Ech! Cała Ukraina taka jest.


Sergiej Bereżnoy milknie. Dziwię się, że w wieku siedemdziesięciu lat nie stał się cynikiem. Sędzia federalny, który nie może wydać wyroku. Zbyt wielu świadków zeznaje w tej sprawie. Nosi ich wszystkich w sobie, jak nosi się odłamek, którego nie da się już wyjąć. To bolesne, ale wyjęcie go oznacza utratę czegoś ważnego, bez czego nie wiadomo już, kim się jest.


#wojna #pravda #rosja #ukraina

58bc6c97-5177-4050-8cf7-c0c22bb550da

Komentarze (5)

Ech, ciągle ta niewdzięczność za wyzwolenie Lachów spod jarzma burżuazji, za wyzwolenie Ukraińców spod buta zachodnich homonazistów, nic tylko by opluwali swoich dobroczyńców rusofobiczną śliną.

@jonas Oni (Rosjanie) od ust sobie odejmuja by pomagac bratnim narodom...

Podobnie bylo gdy my bylismy w ich strefie wplywow:

"My im wysyłamy węgiel, a w zamian oni biorą od nas cukier”

Przygotowujac nam materiały o rosyjskiej propagandzie uważaj i nie czytaj zbyt dużo na raz aby przypadkiem nie dostać jakiejś choroby mózgu. Albo innego zakażenia typu świerzb lub czyraki.

Zaloguj się aby komentować