Mam powoli dość pracy w zespole, zwłaszcza z kobietami. Do tej pory pracowałem sam, na swój rachunek. Pracowałem jako handlowiec w agencji marketingowej. Obecnie w dziale sprzedaży i marketingu w IT, praca zespołowa. Karierowiczki wprowadzają taką atmosferę, że testują moją cierpliwość. W nawiązaniu do tego wpisu:
https://www.hejto.pl/wpis/mam-w-pracy-bananowa-laske-z-bardzo-dobrego-domu-ale-po-gowno-uczelni-nie-ma-dos?commentId=1be1a96d-695d-48e2-8d45-33181b5407c0
Dziś zadałem pytanie szefowi, a julka mi weszła w zdanie i "niee, tak się nie zadaje takich pytań" i zadała po swojemu XD No k⁎⁎wa. Dobrze, że szef jest dość podobny do mnie charakterologicznie i generlanie latami zarządzał ludźmi i czuje ten typ człowieka, bo gdyby jeszcze doceniał takie lizodupstwo, to by mnie wyjebało z orbity.
Poza tym, mój szef i kadra menadżerska (35-37 lat) to ludzie, którzy są mega luźni i nie trzymają dystansu na siłę. Idzie z nimi się napić, pośmiać. I wiecie co? Ja też. Dobrze się czuję gadając z nimi. Znam granicę, ale też wiem co wypada i co nie wypada. Jest flow.
Ale mój zespół (5 osób) przy nich udaje, że tego dystansu nie ma, robi masę rzeczy na pokaz, jacy to fajni nie są, a jak wracamy do siebie do biura, to oczywiście ten dystans jest XD Zapodasz żart, chcesz się pośmiać, pogadać. Kto z tobą porozmawia? Jedyny chłop w zespole (poza mną). 3 laski kręcą oczami i wzdychają. Powiedzą ci coś w twarz? Nie. Westchną, pomruczą pod nosem. Na końcu okazuje się, że laska zostaje 30 min dłużej w pracy specjalnie po to, by wysłać ZE SWOJEGO MAILA wasz wspólny projekt i pokazać, że pracowała po godzinach...
