Hmmm może się niedługo okazać, że Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik znów będą się ubierać w ubranka w paski.
Nadużywanie uprawnień, polityczne naciski na służby i wytwarzanie dokumentów na podstawie fałszywych informacji – takie zarzuty wobec Mariusza Kamińskiego, Macieja Wąsika, funkcjonariuszy ABW oraz Szefa Urzędu ds. Cudzoziemców z czasów PiS pojawiły się w zawiadomieniu złożonym przez Ludmiłę Kozłowską z Fundacji Otwarty Dialog. Śledztwo w tej sprawie wszczęła Prokuratura Okręgowa w Warszawie. — Liczę na to, że prokuratura odsłoni kulisy fabrykowania tajnych dokumentów i postawi zarzuty sprawcom — mówi Onetowi Kozłowska.
W sobotę Wirtualna Polska jako pierwsza poinformowała, że prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez byłego ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego, jego zastępcy Macieja Wąsika oraz funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Urzędu do Spraw Cudzoziemców.
Pełnomocnik szefowej Fundacji Otwarty Dialog zarzuca funkcjonariuszom ABW, że z inspiracji swoich szefów – czyli Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika – wytwarzali od 2018 r. dokumenty zawierające nieprawdziwe informacje, które miały wskazywać na to, że Kozłowska stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.
Następnie ABW nadawało tym dokumentom klauzulę "ściśle tajne" i przekazywało je do Urzędu ds. Cudzoziemców, który na tej podstawie nie wpisał, a następnie utrzymywał Kozłowską na liście osób niepożądanych na terenie Polski. Co więcej, dane Ludmiły Kozłowskiej zostały umieszczone na liście uniemożliwiającej jej poruszanie się w strefie Schengen.
W zawiadomieniu złożonym w prokuraturze pełnomocnik szefowej Fundacji Otwarty Dialog zwrócił uwagę, że sądy administracyjne wydały łącznie sześć wyroków, w których uznawały wpisanie Kozłowskiej na listę osób niepożądanych za bezpodstawną.
Sądy podkreślały w swoich uzasadnieniach, że informacje zawarte w dokumentach niejawnych są bardzo ogólnikowe, a Urząd ds. Cudzoziemców opiera się na niewystarczających danych do tego, aby taką decyzję podejmować.
"Organ nie przeprowadził właściwej oceny. Wnioski, które wymienił, nie wypływają w sposób racjonalny z materiału dowodowego, który w tej sprawie zebrano" – czytamy w uzasadnieniu (jednym z sześciu) Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z kwietnia 2019 r.
Jednak po każdym kolejnym wyroku Urząd ds. Cudzoziemców otrzymywał następne niejawne dokumenty z ABW, które miały obciążać Kozłowską. Dzięki temu ignorowano orzeczenia sądów i utrzymywano szefową Fundacji Otwarty Dialog na "na czarnej liście".
— Sądy za każdym razem wskazywały, że decyzje Szefa Urzędu ds. Cudzoziemców nie mają żadnych podstaw, ale po ich uchyleniu kierowały sprawy do ponownego rozpatrzenia. To była furtka, która pozwalała na pozyskiwanie lipnych materiałów z ABW, które utajniano, żebyśmy nie mieli do nich wglądu. Za szóstym razem sąd stracił cierpliwość, a podejście organu zmieniło się dopiero po zmianie władzy – mówi w rozmowie z Onetem Bartosz Kramek z Fundacji Otwarty Dialog, prywatnie mąż Ludmiły Kozłowskiej.
— Rozumiem jeszcze gdyby faktycznie były jakiegoś rodzaju wątpliwości merytoryczne i stałoby się to raz, czy dwa. Ale szef urzędu sześciokrotnie wydawał negatywne decyzje, mimo wyraźnych wytycznych ze strony sądów! – dodaje.
— Nie może być tak, że centralny organ administracji rządowej zachowuje się jak pacynka w rękach służb specjalnych, nie weryfikuje informacji i ich źródeł, tylko bezkrytycznie przyjmuje każdą bzdurę, która zostanie mu podsunięta. Sąd jasno wskazał, że szef urzędu musiał dokonać samodzielnej oceny, choć oczywiście rozumiem, że nie takie były oczekiwania ówczesnego szefa MSWiA — zaznacza Kramek.
Więcej można przeczytać tutaj:
#polityka #polska #bekazpisu
