- Fordy Mustangi to beznadziejne auta i nadają się tylko do hałasowania na mieście pod klubem i wpadania bokiem w krawężniki
- Ale tu stoi Ford Mustang i chce go pan licytować
- Aaaa, no licytuję bo reklamowali że tanio
Jak powszechnie wiadomo, cena czyni cuda i również w moim przypadku tą parafrazą scenki o handlu w niedzielę i bardzo ładnej karkówce można podsumować niekonswekwencję w podejściu do aut. A skąd owa zmiana? Otóż od jakiegoś czasu przestałem oglądać licytacje motorków z USA (w końcu ile można mieć harlejków, będę musiał na wiosnę sprzedać ze dwa) i przerzuciłem się na oglądanie licytacji organizowanych przez komorników i izby skarbowe z myślą, że może trafię na nich coś ciekawego. Zwykle jednak albo nie znajduję nic albo to coś kosztuje w moim przekonaniu za dużo albo może i cena i przedmiot są ciekawe, ale przecież nie będę jechał na drugi koniec Polski po jakąś pierdołę. Stąd też o ile w licytacjach gruzów z USA interesujące pozycje się się trafiają a jeśli jest się cierpliwym, to trafiają się też dobre ceny - tak te nasze specjalnie nie zachwycały. Aż do niedawna.
Obczajałem też od pewnego czasu jakieś chamskie, amerykańskie auta z dużym silnikiem. Szczególnie do gustu przypadła mi stara corvette C6 (sentyment do Need For Speed Carbon robi swoje), jednak oferty nie wyglądały dobrze. Wersje Z06, nawet mocno uszkodzone, chodziły w jakichś chorych pieniądzach, znowu wersji z manualną skrzynią jest mało, a ewentualny koszt wychodzi taki, że chyba lepiej dołożyć i kupić coś nowszego... Ale oto na krótko po Nowym Roku na stronie izby skarbowej pojawiło się ogłoszenie o licytacji Forda Mustanga w wersji Bullitt. Auto zostało zabrane właścicielowi za jazdę po pijaku, miało co prawda już sześć lat ale też symboliczny przebieg niecałych 3000km i od dwóch lat stało sobie i gniło na parkingu policyjnym. Do tego skarbówka już raz próbowała go sprzedać za 160tys, bezskutecznie. Zrobiłem szybką analizę. Jest duży silnik. Jest manualna skrzynia. Do tego auto jest w miarę świeże i da się upalać jako daily. Wygląd w tej wersji w miarę - jak na Mustanga - stonowany. Pochodzenie z polskiego salonu. I możliwe, że wyjdzie taniej niż 20-letnia bita Corvette ze Stanów. Zacząłem patrzeć na cyferki.
Skarbówka dała wartość oszacowania na poziomie 223k PLN - moim zdaniem z d⁎⁎y, bo tyle to auto kosztowało katalogowo w 2020 roku w salonie, a sześć lat, mimo niskiego przybiegu, zrobiło swoje. Dodatkowo z salonu można było je wziąć i odliczyć sobie VAT. Wersja Bullitt może i jest fajna, ale nie licząc malowania i paru bajerów to generalnie zwykły Mustang w wersji GT, do tego natłukli tego kilka tysięcy egzemplarzy, więc może i jest ładny - ale na pewno nie unikatowy. Muszę mieć też na uwadze, że kiedyś trzeba będzie to komuś sprzedać. Mustangów na rynku jest zatrzęsienie, ceny w ogłoszeniach startują w okolicach 100tys PLN. Na takie auto trzeba znaleźć amatora, który będzie miał trochę wolnej gotówki i kaprys, żeby wpadkować ją w, bądź co bądź, nie najnowsze już ani nienajszybsze auto zamiast brać, przykładowo, coś świeżego w leasing. Dodatkowo tani dolar i łatwość w sprowadzaniu pojazdów z USA tworzą moim zdaniem mechanizm, że tych aut na rynku będzie przybywać szybciej niż ludzi z kasą gotowych na ich zakup - bo sprzedawane będą zarówno te kupione "na handel" jak i te, które po prostu znudziły się właścicielowi - a trend ten moim zdaniem będzie się jeszcze pogłębiać powodując presję na spadek cen. Trzeba też wziąć poprawkę na to, że na zakup auta "w ciemno" trzeba przyjąć sobie jakąś premię za ryzyko, tak lekko licząć z 10-15%. Analizę zakończyłem sprawdzeniem tego, co oferuje rynek. W Niemczech Bullitty wiszą w okolicach 35-42tys EURO (plus złodziejska akcyza przy sprowadzeniu), z kolei niedaleko mnie Mustang GT z polskim pochodzeniem i paroma bajerami sprzedał się w okolicach 140tys z fakturą. Z mojej analizy wyszło ostatecznie, że zakładając oszczędnie utratę wartości na poziomie 35% przez sześć lat oraz premię za ryzyko - zakup w przedziale 110k (cena wywoławcza) do ok. 140k będzie relatywnie dobrym dealem. Wszystko powyżej mojej górnej granicy - no cóż, można ale po co, skoro można po prostu kupić coś z rynku i przy tym powybrzydzać.
Po tej analizie wiedziałem już jakimi stawkami z grubsza powinienem operować, została kwestia licytacji. Ta również mieć miała inny charakter niż te, do których przywykłem na amerykańskich portalach. Tam online i w masowej ilości - tu osobiście i jedno auto. Uznałem, że będzie to bądź co bądź ciekawe doświadczenie i w głowie stworzyłem sobie trzy możliwe scenariusze zdarzeń:
-
scenariusz 1, jestem jedynym zainteresowanym i zgarniam auto po cenie wywoławczej. Prawdopodobieństwo oceniłem na jakieś 2% xD
-
scenariusz 2, liczba chętnych jest mała i są to mocni zawodnicy, góra dwie-trzy osoby. Zastanawiałem się, czy nie będzie tu dobrze dogadać się między sobą, że jeden bierze auto a reszcie odpali kilka tysięcy za rezygnację z licytacji. Ostatecznie każdy by na tym wygrał, darmowe kilka tysięcy albo auto w korzystnej cenie. Alternatywnie, w przypadku niedogadania się po prostu licytowanie do swojego maksa z nadzieją że wygram. Oceniłem, że szansa na to to jakieś 30%
-
scenariusz 3, który wydał mi się najbardziej prawdopodobny - liczba chętnych będzie bardzo duża a wylicytowana cena będzie znacznie ponad limit który sobie ustaliłem
Żeby zostać dopuszczonym do licytacji trzeba było wpłacić wadium co rzecz jasna zrobiłem i oto wczoraj rano nadszedł wielki dzień, pojechałem na oględziny (były możliwe tylko w dniu licytacji i przez godzinę). I już na starcie widziałem, że mogę w zasadzie dać sobie chyba spokój xD Na parkingu gdzie stoi auto MASA zaparkowanych samochodów, wokoł samego pojazdu również MASA oglądających. Na oko w 15 minut przewinęło się jakieś 30 osób. Samo auto, no cóż. Lekko porośnięte mchem, trudno było mi ocenić stan z zewnątrz (śnieg i szron), zauważyłem na szybko brak rozpórki w komorze silniku, powierzchowną rdzę tu i tam na elementach silnika, seryjne fotele (za dopłatą były Recaro) oraz nie udało mi się sprawdzić, czy ma ulepszone zawieszenie czy seryjne. Ogólnie - fajny, ale bez szału. Co do oglądających, szeroki przekrój. Sporo handlarzy, sporo gości z kasą, sporo randomków (jak ja xD). Sama licytacja odbywała się godzinę po oględzinach i miała miejsce w budynku urzędu skarbowego, ze względu na liczbę chętnych (łącznie chyba 40 osób) rejestracja zajęła szmat czasu. No a gdy się już zaczęła, mogę powiedzieć jedno: emocje wzięły górę. Ostatecznie sześcioletniego Mustanga z niewielkim przebiegiem, niesprawnym akumulatorem, bez przeglądu, bez rozpórki zawieszenia, płynami i oponami do wymiany oraz po dwóch latach stania na parkingu pod chmurką kupił niepozorny gość. Za ile? Możecie obstawiać, odpowiedź dałem poniżej.
Mustang po długiej walce został sprzedany za 195k PLN xDDD Dla mnie totalny absurd. Chyba jednak prawdą jest, że w licytacji emocje potrafią wziąć górę nad logiką, bo w ogóle nie jestem w stanie pojąć motywacji kupującego, w tej kasie można kupić praktycznie dowolnego Mustanga i po dołożeniu nawet próbować wyłapać Shelby GT350, który jest dużo lepszym i rzadszym modelem.
PS. Ciekawostka, dosłownie dzień czy dwa temu na grupie na FB z Mustangami ktoś wrzucił Bullitta z podobnie symbolicznym przebiegiem za 220k, został wyśmiany. Dziś pojawił się za 185k i dalej ludzie uważają że jest to jednak sporo za dużo.
PS2. Znajomy kupił kiedyś motocykl na kredyt (było tego może 10 tysięcy), w międzyczasie motocykl zaliczył glebę a on kredyt przestał spłacać. Chciał sprzedać na szybko motocykl za jakieś 4 tysiące, ale stan był słaby (połamane plastiki i owiewki, dziurawa opona) i w końcu motocykl został zajęty przez komornika i trafił na licytację. Po licytacji znajomy dostał jeszcze prawie dwa tysiące, bo cena sprzedaży pokryła wartość długu i trochę zostało xD Wniosek: chcesz coś dobrze sprzedać? sprzedawaj na licytacji komorniczej/skarbówkowej na żywo z niską ceną startową
#motoryzacja

