Dziennik wyprawy wakacyjnej 23
Czyli
Eurotrip
Odcinek 3 - Siofok, foccacia i wkońcu Chorwacja
Jako pierwszy wstałem rano i poszedłem z Psem na dłuższy spacer. Wykorzystałem okazję, że prawie nie było ludzi i wszedłem z nim pod zakaz koło jeziora żeby zrobić mu kilka fotek. Wróciłem do mieszkanka i obudziłem resztę ekipy. Szybki ogar i poszliśmy się wykąpać w jeziorze. Wracając chcieliśmy zjeść langosza w tej samej knajpie co wczoraj gulasz lecz okazało się, że jest otwarta od 12.
Wymeldowalismy się z apartamentu o 10 i podjechaliśmy autem żeby zobaczyć molo na którego końcu była statua złotego anioła - no podróba z Berlina Idąc na nie minęliśmy włoską knajpkę serwująca głównie foccacie. Sympatyczny Włoch zagadał nas o piesa oczywiście porównując go do komisarza Rexa. Wracając z molo zaczęliśmy szukać langoszy ale okazało się, że nad Balatonem 90% knajp jest otwartych od 12-13, nie licząc kebabów i wyżej wspomnianej włoskiej knajpki. Trzeba było coś zjeść a że wcześniej pan Włoch wydał się sympatyczny to zaszliśmy tam (tak się zdobywa klientów). Nie pożalowaliśmy bo foccacia którą później nam zaserwowali była chyba najlepszym daniem które zjedliśmy przez cały wyjazd (langosz przy tym to jakieś badziewie). Była to nowo otwarta knajpka o nazwie Gustami Traditional Italian Food (polecam) i panowie Włosi bardzo się starali, piesek dostał wodę a my czekadełko - jakieś włoskie ciasteczka. Ogólnie ceny na Węgrzech są dosyć fajne bo można zjeść na promenadzie lub przy samym brzegu węgierskiego morza i zapłacić za obiad + piwo lub napój 8-9 euro lub jakieś 3500 forintów, jak kto woli. Najedzeni podjechaliśmy po autoplyn lpg, którego weszlo 18l czyli niecała połowa zbiornika Tak swoją drogą to jakość paliw a w szczególności gazu na Słowacji i Węgrzech nie jest zbyt wysoka, do tego pompy biedapaliwa nie pompują go zbyt szybko. Już praktycznie pogodzeni, że resztę wczasów będziemy jeździć na benzynie ruszyliśmy w stronę Chorwacji. Nim jeszcze wyjechaliśmy wskoczyłem na szybko do warzywniaka i kupiłem węgierską ostrą paprykę i każdemu po nektarynce i brzoskwini, były wielkie każda ważyła około ćwierć kilo, mega soczyste i pyszne
Wyjeżdżając z Węgier stwierdziliśmy, że z tych krajów przez które przejeżdżaliśmy to chyba Polska jest najfajniejsza co prawda na Słowacji są spoko góry ale w Polsce też są, a na Węgrzech Balaton daje radę ale Bałtyk lepszy i głębszy przynajmniej, a plaże to już w ogóle u nas są najlepsze. Opinia ta zmieniła się gdy przedarłszy się przez korki w Zagrzebiu dojechaliśmy nad Chorwackie wybrzeże. Pierwsze co powiedziałem to "No pojebało ich mają góry nad morzem" xd Naprawdę widoki były niesamowite jechaliśmy przez te góry a co chwilę pomiędzy nimi widać było Adriatyk. Przejechaliśmy sporo tuneli, najdłuższy miał 5km. Jadąc zobaczyłem, że możemy sobie wydłużyć trasę o pół godziny ale pojechać jakaś serpentyniastą górska drogą. Korciło mnie to ale słysząc wycie tylnego mostu odpuściłem, w szczególności że nie byłem do końca pewien czy to faktycznie most. Jeszcze wspomnę o lpg, jadąc chorwacką autostradą już jakieś 150km na benzynie zajechaliśmy na stację spróbować wbić gaz no i dotankować benzyny. Okazało się, że pompy biedapaliwa na Chorwacji działają o niebo lepiej i wlazło 33/42l, był to już sukces. Prawdopodobnie zbiornik zasyfił się od tego słowackiego autoplynu i dlatego nie można było dotankowac do końca. W Chorwacji przez wypadki było sporo korków i na miejsce do Fazany dotarliśmy po 19.
W wynajętym apartamencie powitały nas 2 sympatyczne gospodynie i po szybkim rozliczeniu pojechaliśmy do Lidla w pobliskim miasteczku Medulin zakupić jakieś miejscowe wina, a potem nad Adriatyk. Nad morze dotarliśmy już po zmroku, prawie trafiliśmy na plażę na którą chcieliśmy lecz okazało się, że było tam dupowato, ciemno i nic ciekawego, tyle że woda była ciepła i słona. Napewno dużo słońsza niż u nas, fajne było to, że można było się położyć na wodzie i bez żadnych ruchów rękami można się było utrzymywać na jej powierzchni Na tej plaży okazało się też, że w Chorwacji buty do wody są niezbędne bo kamienie niemiłosiernie wbijały się w stopy. Wróciliśmy do wynajętego domku i zjedliśmy kolację czyli mięsiwo ze słoja, węgierską paprykę + jeszcze polski chleb z biedronki a zapiliśmy to winami z Lidla xd z czego jedno okazało się w miarę ok, reszta to siczki. Najedzeni, napici i z tego powodu szczęśliwi poszliśmy w kime.