Byłem wczoraj z młodym na Indywidualnym Pucharze Ekstraligi do lat 17. Lubię te zawody juniorów za kameralną atmosferę, ściganie często fajniejsze niż na lidze i za bilety po 10pln. Na trybunach głównie rodzina, kumple. Fajnie wygląda taki doping, jak jakieś małolaty z transparentem w stylu "Miki jeździ jak dziki" stoją przy płocie i drą się ile sił w płucach.
Wczoraj rząd pod nami siadła mama z córką, koszulki "Grzędziński team". Z rozmowy, ale też z koszulek dało się wywnioskować, że mama i siostra młodego zawodnika Sparty. Na każdy jego bieg schodziły niżej, podnosiły flagę, dopinogowały. Do 10. biegu, w którym młody Grzędowicz zahaczył o Duchińskiego z Torunia i stracił panowanie nad motocyklem, zabierając ze sobą wszystkich zawodników w płot. Takie upadki rzadko się widzi. Jeden z tych, po których na lidze zamilkłby cały stadion łącznie ze spikerem. Siła była taka, że płot z bandą do wymiany. Kurde, niby chodzi się na ten żużel od prawie 30 lat, widziało się dużo, ale takiego krzyku nie słyszałem dotąd nigdy. Matka i siostra strach w oczach, kamienna twarz. Nie wyobrażam sobie, co musiały czuć w tamtym momencie, wiedząc, że nie mogą tam podbiec, a widząc, z jakim zapałem przywołana była karetka. Jakoś jak widzę wypadki na lidze, czy GP to wiadomo, nic fajnego, ale człowiek myśli, że to zawodowcy i wiedzą na co się piszą, a te poważne wypadki na juniorskich to zawsze przeżywam.
Młody ma w przedszkolu kumpla, którego tata szkoli dzieciaki na pitbike, supermoto i sportowych, i mówił że ojcowie to jeszcze się czasem przyzwyczajają do wypadków, ale mamy nigdy. Mi by chyba serce pękło, jakbym mojego zobaczył lecącego w bandę jak worek.
Zawodnik ma złamane trzy kręgi, połamane żebra i uszkodzone płuco. Grunt, że to tylko mechanika i wyjdzie z tego.
#zuzel