BEZ PRACY NIE MA KOŁACZY

PART 2 - PRACA NA POLU

Kiedy miałam 14-18 lat regularnie w sezonie truskawkowym jeździłam na pole zbierać, sadzić, bądź plewić truskawki.

Nie robiłam tego w jakimś dużym wymiarem godzin max 2 tygodnie pracy na sezon. Zaczęło się od tego, że z siostrą wstawaliśmy o 5 nad ranem i rowerkami śmigalismy ok 10 km na pole za miastem. Pamiętam, że za dzień zarabialiśmy ok 50-60 zł ale na tamte czasy było to dla nas dużo. Choć wiadomo pazerność była silniejsza - jedna truskawka do koszyka, druga do brzuszka xd

W późniejszych latach (po znajomości bo praca w moim mieście jest i byla jak na lekarstwo) jeździłam na sadzenie truskawek, zarobki były ok 80 zł za dzień. Niestety przez wiele lat miałam po tym kontuzje nadgarstka od kopania dołków w ziemi na sadzonki.

Atmosferę w pracy wspominam całkiem dobrze. Nie było żadnego darcia mordy przez kierowniczkę, czasem inne panie się między sobą kłóciły o jakieś głupoty ale to było trochę jak telenowela - dla obserwatora takie małe quilty pleasure. Dodatkowo jeździłam tam z koleżanką więc się ścigaliśmy kto więcej i szybciej zrobi. Ona zawsze wygrywała.

najtrudniejsze jednak dla mnie było to żeby rano wstać o 5, wsiąść na rower i pojechać te kilka kilometrów. Ale jak już jechałam to jazda na rowerze o tak wczesnej porze była niezwykle przyjemna i orzeźwiająca - po prostu walka z samą sobą żeby wstać z łóżka była niesamowicie ciężka, za każdym razem xd

Bylo to ok 15 lat temu więc nie wszystko też pamiętam, ale była jedna scena, która mocno zapadła mi w pamięć. Był to bardzo upalny dzień, na dodatek samo południe. A przed nami jeszcze kilkadziesiąt grządek do wysadzenia. Wszystkie pracownice uwalone błotem stworzonym z ziemi i potu, a czasem i krwi po przetartych odciskach na dłoniach. Nagle wszystkie nas oślepił jasny biały promień światła. Był to blask słońca odbity od śnieżnobiałego ubrania właściciela pola, który wraz z ok 4 letnia córka na ramieniu, przyszedł odwiedzić swoich parobków i postępy w pracy. Gospodarz był miły, ale mimo to poczułam niesmak. On taki czysciutki z idealnie uczesana i wystrojona córeczką, a my takie brudne i śmierdzące. Jak już poszedł jedna z pań powiedziała poważnym chodź pogodzonym z losem tonem głosu "przyszedł nas odwiedzić szlachcic, a my to jego chłopi", ktoś się roześmiał inni zignorowali, mimo to każdy po prostu czuł, że tak już po prostu w życiu jest i może czasy się zmieniają, ale ludzka natura jest ciągle niezmienna.

Podsumowując: fajna praca ucząca dyscypliny i samozaparcia, ale nie życzę nikomu żeby całe życie musiał coś takiego robić

#pracbaza #praca

45b4dd1f-0025-406e-823a-762531fe1d17

Komentarze (2)

Jakaś lekcja życiowa z sytuacji "jedna do koszyczka, druga do brzuszka" pewnie jest, ale nie umiem jej skrystalizować, więc niech każdy pomyśli sam xd Na pewno lekcja była w tym szlachcicu ehhh kapitalizm to feudalizm z tą różnicą, że pieniądz to nie ziemia, więc pieniądz się nie skończy, a ziemia ma ograniczoną powierzchnię.

Ja na truskawkach byłem raz w życiu. Była to końcówka zbiorów i było sucho, więc mało zebrałem. Na koniec zarobiłem dosłownie kilka złotych. Przyjechałem rowerem i wracając z pola zauważyłem, że go nie ma. Myślę sobie "fajnie, zarobiłem 4 zł i rower mi ukradli". Na szczęście ktoś go tylko przestawił za kontener.

Zaloguj się aby komentować