Bardzo fajny wpis o tematyce #ultra, który znalazł się na fanpeju Gravel.love
Trochę długi, ale tylko trochę.
Janek Szczygielski aktualnie zamyka stawkę Seven Serpents. W momencie publikacji do mety ma jeszcze 450 km, ale że ultrasi spędzają dużo czasu w samotności i mają czas na przemyślenia, to zebrało mu się na taką rozmkinę:
Chciałbym odnieść się do wielkiej afery wokół Radka „profesora ultra" Gołębiewskiego. Nie będę go oceniał, nie będę wygłaszał tu żadnych prawd objawionych, podzielę się tylko moją prywatną opinią - przemyśleniami popartymi kilkoma tysiącami kilometrów przejechanych w ultra, w Polsce i nie tylko, w najlepszych momentach otwierając drugą połowę stawki finiszerów.
Jestem średni i to bardzo.
Wyścigi gravelowe i ultra wchodzą na coraz wyższy poziom profesjonalizacji. Stawki są coraz wyższe, sponsorzy dają więcej, ciśnienie na wygraną jest coraz większe, a zasady nadal są różnie interpretowane (nie tylko na naszym rodzimym podwórku), co otwiera pole do wielu nadużyć
Na razie jedynymi słusznymi i dostępnymi „narzędziami", jakimi dysponujemy, są transparentność, szczerość i zdrowy rozsądek.
Nie wiem, czy pamiętacie Badlands sprzed kilku lat, w którym startowała ekipa ferwee.cc i robili film z trasy. Jeden z chłopaków jechał trasę na motocyklu i filmował pozostałych, ich przyjaciel - gość, z którym jeździli na bikepacking - jechał część trasy z nimi na motocyklu. Cała sytuacja była zgłoszona do organizatora przed startem , a zasady jasno ustalone: media team ma trackery i nie może w żaden sposób okazywać wsparcia zawodnikom. W żaden! Nie mówię tu o podawaniu wody czy batonów - media team nie mógł rozmawiać z zawodnikami. Zawodnicy mogli mówić do media teamu i kamery, ale ci nie mogli odpowiadać. Sytuacja wydawałoby się kuriozalna. Tylko że wcale nie.
Podczas swoich zawodów i nie tylko niejednokrotnie popełniałem najgłupsze błędy: powtarzałem tę samą czynność w kółko i od nowa, oczekując innych rezultatów, albo odkręcałem śrubkę, chcąc ją przykręcić, bo liczyłem, że gwint zaraz z łapie.
Nie dlatego, że nie umiem przykręcić śrubki, ale dlatego, że byłem już tak zmęczony, że oczywiste i racjonalne decyzje nie były wcale tak oczywiste i racjonalne. Mając wtedy przy sobie wypoczętego kolegę, przyjaciela, który powiedziałby mi: ,mordo, źle to robisz, zrób to tak", dałoby mi to więcej niż 4 banany i 3 puszki coli.
A gdyby jeszcze dorzucił: ,świetnie ci idzie, dawaj dalej, wierzę w ciebie", to kolejne 4 żele nie dałyby mi tyle. Bo w pewnym momencie w ultra jedzie się bardziej głową i to ona potrzebuje czasem najwięcej pomocy. Dlatego decyzja organizatora, jaka jest, każdy widzi - słuszna.
Z drugiej strony jest sytuacja Lael Wilcox, która bijąc kolejny rekord Tour Divide, została zdyskwalifikowana, bo towarzyszył jej własny media team, w którym była jej partnerka, a sama jej obecność na trasie była wsparciem. Lael wróciła więc do Banff, pojechała jeszcze raz i rekord pobiła.
Czy ktoś na tym zyskał? Nie wiem.
Czy ktoś na tym stracił? No, ja straciłem, bo film nie był tak dobry, jak mógłby być.
A co, jeśli miałbym żonę, dzieci i mieszkałbym na trasie jakiegoś ultra, jechałbym już długo i zobaczyłbym moje dzieci z transparentem na trasie?
Gdybym zatrzymał się pocałować żonę i przytulić dzieci... przecież nie ma takiego żelu energetycznego, takiej coli, która dałaby tyle siły i mocy jak coś takiego. Chyba, nie wiem, nie mam.
Wiem, że takie rzeczy się dzieją. Wszędzie. Nie wiem, jakim trzeba być człowiekiem, żeby coś takiego oprotestować. Wiem za to, że nie chciałbym się kolegować z kimś takim.
Przytoczę też sytuację, której sam doświadczyłem - zdecydowanie mniej medialną.
Podczas zeszłorocznego ultra w jakimś tam kraju aspirującym do UE, na kilkadziesiąt kilometrów przed CP2 (połowa 650-kilometrowej trasy) pękła mi szprycha w tylnym kole. Do CP2 dojechałem już bez trzech szprych.
Był tam hotel, spało w nim kilku zawodników oraz moja przyjaciółka, która była akredytowanym fotografem zawodów. W hotelu zameldowałem się około północy. Dość zrezygnowany, nie miałem jak naprawić koła, serwisów w okolicy brak, gotowy zrezygnować z zawodów...
Zgodnie z zasadą „never scratch at night" poszedłem spać. Przy śniadaniu na WhatsAppowej grupie zawodów napisałem wiadomość, że koło padło, a ja się wypisuję. Przy śniadaniu z fotokoleżanką ustaliliśmy, że ona odda mi swoje koło, ogarniemy jej transport samochodem, a ja dokończę trasę, bo to fajna trasa była.
Napisałem więc znów na czacie, że mimo wycofania się z zawodów i rankingu będzie można mnie spotkać na trasie, bo jadę, ale już poza klasyfikacją.
Organizator odpisał, że jeśli nikt tego nie oprotestuje, to mogę zostać w klasyfikacji, bo szanuje takie podejście i „bawmy się dobrze". Nikt nie oprotestował.
Drugą połowę trasy przejechałem „na strzał", wylądowałem na 12. miejscu z 24 startujących.
60 km przed metą był ostatni podjazd na asfalcie. Jechałem już prawie półtorej doby ciągiem, w nocy było 7 stopni, w dzień 45. Achillesy rwały mnie tak, że nie wiedziałem, czy bardziej boli pchanie roweru, czy jazda. Podjazd był na asfaltowej drodze, co chwila ktoś się zatrzymywał i pytał mnie, czy mnie nie podwieźć. Co chwila mówiłem sobie, że z następnej propozycji skorzystam, i za każdym razem odmawiałem.
Nie bałem się, że ktoś to zobaczy i mnie zdyskwalifikuje - to był na tyle krótki odcinek, że organizator musiałby sprawdzać moją prędkość na każdym kilometrze, żeby to wyłapać, a droga była taka, że samochody nie jechały tam więcej niż 30 km/h. Ale nie chodziło o to, czy ktoś się o tym dowie, czy nie, czy to „wypłynie". Bo ja bym wiedział.
Ja sam przed sobą nie mógłbym powiedzieć, że to zrobiłem.
I co z tego, zapytacie? No nic.
Na tych zawodach też ludzie parkowali kampery przy trasie albo samochody, żeby pojechać do hotelu i wrócić na to samo miejsce. I co? No i nic.
U nas dzieci podają napoje, są punkty z jedzonkiem i piciem, które czasem czekają na ostatnich zawodników, a czasem nie. I co? I nic.
Dla mnie pomaganie tym „kotom", którzy mają średnią 30 km/h na dystansie 150 km po piasku, nie jest spoko. Bo to nie oni są bohaterami, to nie oni przekraczają swoje granice.
Prawdziwymi bohaterami ultra są dla mnie ci wszyscy starsi, w gorszej formie, ci, którzy przekraczają swoje granice. Mimo pracy, dzieci, chorej matki i psa, z którym trzeba iść na spacer, znajdują czas na rower i na zawody. Ci, którzy jadą, żeby pokonać siebie, swoje słabości, a nie kolegę z innym numerem na rowerze. Ci, którzy robią coś, co dla nich jest niemal niemożliwe.
Tak jak w przypadku „profesora ultra" - czołówka, najlepsi, „koty i konie" powinni bezwzględnie przestrzegać zasad. Za każde odstępstwo od reguł - dyskwalifikacja, bez taryfy ulgowej i grożenia palcem (szacun dla organizatora Trans Balkan). Co do reszty - „daj pan spokój".
Nie wiem, mi zawsze „koło zapoconego siodełka" latało, które miejsce zajmę. Nie chcę tu urazić nikogo, z kim kiedykolwiek stanąłem na starcie i mecie, ale to nie z tobą, kochany, się ścigam, nie z tobą walczę.
W d⁎⁎ie mam, które masz miejsce.
Ścigam się z czasem, a walczę z samym sobą.
To są moi jedyni przeciwnicy na rowerze - czas i ja sam.
tak jak na tym podjeździe, mimo że naprawdę miałem dość, to wygrałem. Z tym średnim czasem na mecie, pożyczonym kołem wygrałem, bo wjechałem na tę górę o własnych siłach, bez pomocy. A potem pojechałem na metę, zbiłem piątkę, wypiłem piwo z buta i byłem z siebie za⁎⁎⁎⁎ście dumny.
Może jestem głupi, mało ambitny, ale jeśli dla ciebie ma znaczenie, czy będziesz na mecie 88. czy 89., to coś robisz nie tak, coś ci się pomieszało od tej całej jazdy.
Dlatego jeśli ktoś śpi w zakładzie pracy na trasie albo sobie zaparkował kamper po drodze, schował suche ciuchy w krzakach - mnie to nie rusza. To jest jego sprawa i jego sumienia. Jeśli on dalej uważa, że zrobił coś niesamowitego, pokonał siebie, swoje granice, regulamin i jest z tym nadal ok, czuje, że postąpił słusznie, a jego sumienie jest z tym ok, to ja jestem z tym ok. Bo nie z nim walczę.
I wiadomo, fajnie się ścigać, ale to nie o tym jest ultra.
Ale tak jak napisałem na początku: to nie jest prawda objawiona, to moja własna opinia. A pana Radka Gołębiowskiego będę szanował i tak, bo jeździ jak wariat, jak skrzydlaty koń, jak kot na kokainie. A jeśli ktoś chce mu odebrać tytuły z wcześniejszych imprez, niech najpierw go objedzie na dowolnym dystansie, a jeśli nie jest w stanie, to niech wraca na miejsce i jeździ dla przyjemności.
Ale to też jest tylko opinia.
Bo pamiętajcie, kochani, większość z nas jeździ dla przyjemności, dla zabawy, a za dużo zasad ślepe ich przestrzeganie psuje zabawę. :))
Pozdrawiam, Ultras amator
#rower