Kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty, to odniosłem wrażenie, że postanowili wrzucić na nią wszystkie riffy jakie gdzieś mieli pochowane od lat i za punkt honoru przyjęli sobie w każdym kawałku mieć więcej zmian tempa niż ma zwykle Metallica (ponoć słynąca z tego ) na przeciętnej swojej całej płycie.
A może to jak drugi raz słuchałem, bo pierwszy raz nie ogarnąłem.
Mało kiedy wzruszenie ramionami i powiedzenie "kwestia gustu" ma tak duży sens, jak w przypadku KD (ja sam fanem nie jestem jakimś), ale to nawet by się na Eurowizję nadało (nie, nie dodam tagu )
13 września 1988 roku ukazał się trzeci w dyskografii heavymetalowej grupy King Diamond album Them. Wydana przez wytwórnię Roadrunner Records płyta był pierwszym z Pete'm Blakkiem na gitarze i Halem Patino obsługującym bas. Jak to w przypadku tej ekipy bywa, mamy tu do czynienia z koncepcyjnym albumem, przedstawiającym historię powracającej do domu babci, która jak się później okazuje, jest w kontakcie z duchami przebywającymi w domu. Gdy mały King pewnej nocy zostaje zauważony podczas podglądania, zostaje wtajemniczony w to, czym są tytułowi "Oni".
Poza interesującą fabułą mamy tu świetnie napisane kompozycje. W porównaniu do poprzednich albumów brzmienie stało się nieco cięższe i selektywniejsze, dzięki czemu możemy docenić niesamowite partie wokalnie Kinga Diamonda czy znakomite solówki duetu La Rocque - Blakk (zwłaszcza ten pierwszy wycina takie rzeczy, że mózg staje). Razem ze wspomnianą historią i świetną okładką daje to dzieło rewelacyjne i przemyślane w każdym aspekcie.
Wczorajszego dnia minęło 35 lat od wydania trzeciego studyjnego album grupy King Diamond zatytułowanego Them. Ukrywający się pod tym pseudonimem, znany już wcześniej z Mercyful Fate Kim Petersen stworzył we współpracy z takimi zacnymi personami jak Andy LaRocque, Hal Patino czy Mikkey Dee kolejne znakomite dzieło.
Omawiana płyta jest kolejną w dorobku Duńczyka z gatunku tych koncepcyjnych. Wszystkie utwory opowiadają historię, jak do domu młodego Kinga powraca babcia, która spędziła kilka lat w szpitalu dla psychicznie chorych. Wraz z jej przybyciem zaczynają dziać się dziwne rzeczy i nic nie jest już takie jak dawniej. Unikam celowo rozpisywania się, bo historia jest naprawdę ciekawa. Natomiast muzycznie jest to dalej heavy metal najwyższej próby. Utwory są różnorodne, naszpikowane świetnymi riffami i niesamowitymi solówkami. Ręce same składają się do oklasków, gdy słucha się wyczynów pana LaRocque. W uszy rzuca się też sam wokalista i jego specyficzny, często modulowany odpowiednio głos nadający niepokojącej atmosfery.
Ozdobiony znakomitą okładką Them to album, którego najlepiej słuchać w całości. Poszczególne kompozycje tworzą zwięzłą całość i składają się na jedną z najlepszych pozycji w jego dorobku.
17 lutego 1986 roku King Diamond rozpoczął swoją solową karierę debiutem zatytułowanym Fatal Portrait. Płyta w porównaniu do poprzedniego zespołu Króla, czyli Mercyful Fate, była bardziej osadzona w klasycznym, prostym heavy metalu, bez skrętów w stronę choćby progresywnego rocka. To także pierwsza pozycja, na której razem z Kimem Bendixem Petersenem zagrał jeden z najlepszych gitarzystów metalowych, Andy La Rocque.