#animedyskusja

55
470

Back Street Girls: Gokudols


Komedia od J.C Staff traktująca o trzech członkach Yakuzy, którzy straszliwie wkurzyli swojego szefa. Ten dał im wybór - albo przejdą operację zmiany płci i zostaną idolkowym zespołem, albo ich zabije.


Anime jest bardziej zestawem shortów umieszczonych w paczkach po kilka sztuk na epizod, niż pełnoprawną serią. Sumaryczne mamy trochę ponad 50 gagów podzielonych na 10 odcinków, z dosyć wybiórczym podejściem do idei ciągłości fabularnej. Jakość produkcji też przypomina shorta, sporo statycznych scen, trzęsące się portrety oraz VA pracujący za trzech by nadrobić deficyt oprawy wizualnej. Z sukcesem.


Jest to całkiem niezła komedia, niezwykle wulgarna i obleśna, momentami przypominająca uwielbiane przeze mnie Asobi Asobase. Strzelanie laserami z d⁎⁎y, te sprawy. Warto też wspomnieć, że mamy tu dotykanie skrajnie politycznie niepoprawnej tematyki. Cały czas w serii występuje nabijanie się z transów, poniżanie transów oraz ogromną tęsknotę bohaterów do czasów sprzed zmiany płci. Miejscami jest bardzo niesmacznie. Duży plus. Aż przypomniały się czasy minione wczesnych Family Guy`ów, gdzie nikt nie miał immunitetu ( ͡° ͜ʖ ͡°)


https://www.youtube.com/watch?v=6ZkNdIeJPuo

To jest tak abstrakcyjne i dziwaczne ze nie wiem co o tym napisać. Warto spróbować.

Podobne w swoim stylu anime aczkolwiek o wiele mniej perwersyjne jakie przychodzą mi do głowy to

Bo bo bo bo bo

Oraz

Saiki K.

Zaloguj się aby komentować

Pojawił się pomysł, żeby eksportować wykopowe animedyskusyjne wypociny spoza wykopu na hejto, więc dołączam się do trendu i będę robił tutaj przeklejki.


Beck: Mongolian Chop Squad


Beck po raz pierwszy oglądałem kilkanaście lat temu. Dla mnie jest to tytuł z żelaznej klasyki i pomyślałem, że warto by o nim coś skrobnąć. A przed skrobnięciem warto sobie oczywiście materiał odświeżyć, więc poleciał rewatch.


Yukio Tanaka jest delikatnie zagubionym czternastolatkiem, które nie bardzo wie co chce w życiu robić. Z marazmu wyrywa go dawna koleżanka, z którą uczęszczał do szkoły kaligraficznej. Podczas wspólnych wypadów na miasto poznaje bardzo alternatywne towarzystwo, w tym pewnego muzyka, którego pies go niedawno ugryzł. Ten pies nazywa się Beck i właśnie na jego cześć nazywa się ta seria xD


Tytuł składa się z dwóch części. Pierwsza, jak nietrudno zauważyć, to muzyczna. Dotyczy ona pogoni za marzeniami, realizacji siebie poprzez pasję oraz szukanie swojego miejsca w świecie. Drugi element, to coming of age, mocno osadzony w środowisku muzycznym, ze wszelkimi tego konsekwencjami. Wejście w subkulturę, poznawanie wielu nowych ludzi, pierwsze zauroczenia i pierwsze gorzkie lekcje jakimi manipulatorkami potrafią być baby. Przyjaźnie, rywalizacje i konflikty w grupie przyjaciół. Wszystko to zostało przedstawione bardzo organicznie i trzyma fajny klimacik.


Anime jest... bardzo mało japońskie. Dotyczy to przede wszystkim muzyki w nim występującej - nie uświadczymy tu żadnego jpopu czy jrocka, wszystkie utwory to rockowo-grungowe kawałki śpiewane po angielsku. Albo inaczej, trochę po angielsku, trochę po engrishowemu, albowiem niektórzy VA radzą sobie lepiej, inni gorzej. W ogóle bardzo dużo w tej serii jest Ameryki, począwszy od wychowanego w stanach rodzeństwa, które ma spore opory do zaadoptowania się w japońskiej rzeczywistości, po wielki cel naszych bohaterów - trasa koncertowa po USA. Podsumowując - bardzo dużo zaskakująco fajnej, zachodniej muzyki.


Beck niestety nie nadaje się do spożycia prosto po wyciągnięciu z pudełka i wymaga przyjęcia pewnej postawy, właściwie niezbędnej praktycznie dla wszystkich tytułów o tematyce muzycznej. Droga do sukcesu nie jest realistyczna i wiarygodna. Piszę to z niewielkim wahaniem, albowiem skąd ja mam wiedzieć jak wygląda taka droga, nigdy przecież nie byłem instrumentalnym brzdąkaczem o aspiracjach zawodowych... Mimo wszystko, something feels off. Druga sprawa - zaskakujące jest jak wiele mordobicia wymaga zrobienie kariery muzycznej. Praktycznie co drugi odcinek ktoś komu skuwa mordę, nieważne czy ma ku temu sensowny powód czy nie. Wynika to wprost z zadziwiającej fiksacji autora, który widzi świat muzyków rockowych w jakichś pseudo-gangsterskich kolorach.


Myślę, że ten tytuł powinien być obowiązkową pozycją w mangozjebskiej biblioteczce. Może i ma swoje wady, może się już trochę zestarzał i animacja trąci myszką, ale jest na tyle unikatowy, że kwalifikuje się jako seans z kategorii - poszerzamy horyzonty.


Na koniec oczywiście opening, nie podlega rozważaniu czy jest zły czy dobry, on jest już po prostu ikoniczny.


https://www.youtube.com/watch?v=p8CZS3sVKN8

Zaloguj się aby komentować

Geobreeders to dwie niedługie OVA, kolejno 3 odc. (1998) i 4 odc. (2000). Format ten wydaje się niekiedy nawet zbyt oszczędny, jednak już pełen seans w zasadzie znieczula na takie wybrzydzanie. Przyznam uczciwie, zupełnie nie mam pojęcia, o czym tak właściwie owe drobiazgi były. Nie znaczy to wcale, że były złe - to jednak zupełnie inny typ rozrywki, krojony pod bardzo konkretną widownię, a mianowicie - bezkrytycznych otaku.


Kogo miałoby niby obchodzić, o czym Geobreeders w zasadzie jest? Grupka waifu, wraz z ich przydupasem Tabą (w tej roli odświeżająco młody p. Miki), kontraktuje się do zwalczania przemocą i podstępem zmiennokształtnych kotów, które to w zasadzie są bytami astralnymi, a tak naprawdę także bytami elektronicznymi, i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. W tle intryga rządowa, tak niezrozumiała, że nie starałem się nawet jej zrozumieć.


To zwykły pretekst do tego, by napchać do tych dwóch OVA wielką pigułę świetnie narysowanych scen akcji, bardzo starannych i drobiazgowo wykonanych designów maszyn i broni, fanserwisu w wykonaniu kilku dziewuszek świadomie szytych pod konkretne waifu gusta, a wreszcie wcale udanego slapsticku. Wszystko tu jest esencją tego, co było w anime lat 90. najlepsze. Jest bardzo ładnie i bardzo wesoło.


Nieco dziwić może rodowód tych bzdurek, bo studio Chaos Project to jakiś szorujący po dnie podwykonawca dla innych twórców, jednak w tym właśnie środowisku znaleźli się i reżyser p. Moriyama (od chociażby Wings of Honneamise, czy Beautiful Dreamer), i p. Imaishi, ojciec studio Trigger. Warto obejrzeć obydwie OVA, jak najbardziej.


https://www.youtube.com/watch?v=iRBk5ZXbqK4

Zaloguj się aby komentować

Gungrave (2003), TV, 2-cour


studio Madhouse


Czeski film – ostrzykany całą baterią dziwnych substancji zombiak wstaje, zakłada kowbojski kapelutek, po czym strzela do potworów. Gungrave zaczyna się koszmarnie złudnie, zgodnie z zasadą, by fabuły wybitne zaczynać in medias res, a następnie wracać na początek. I być może nawet by zyskał tym samym miano klasyka, gdyby był ten serial fabułą wybitną. Jest, w najlepszym przypadku, fabułą wysoce zabawową, waha się raczej luźno między absolutnymi kasztanami w scenariuszu, a sprawnymi kalkami z kina gangsterskiego. Gungrave to zresztą adaptacja gry konsolowej z PS2, długiej na karygodne półtorej godziny, w której to wzmiankowany zombie-rewolwerowiec przypuszcza atak na korporację-mafię Millenion, której szef, Harry McDowel, posłał go lata temu do piachu. Harry, jego najlepszy przyjaciel.


Gra skupia się całkowicie na szturmie na Millenion, wlicza sześć etapów z bossfightami przeciw kolejnym przydupasom Harry’ego, a kończy się wreszcie konfrontacją finałową, głupią wyjątkowo. Nawet polecam przeklikać sobie walkthrough, ale już po obejrzeniu serialu. Na szczęście, ekipa Madhouse postanowiła zakotwiczyć te bzdury we wcale sensownie poprowadzonej historii o drobnych przestępcach o złotym sercu, którzy wspinają się na szczyty mafii, kalecząc się wzajemnie co krok, aby wreszcie zakończyć wspólną drogę zdradziecko posłaną kulką. A potem nasz główny bohater wstaje z grobu, i już leci fabuła gry, acz również poprowadzona lepiej (nie ukrywajmy, znacznie bardziej patetycznie) i soczyściej. W liczącym 26 odcinków seansie, znaczną część zajmuje historia tego, jak też nasz bohater, Brandon Heat, dostał od Harry’ego kulkę i trafił do piachu.


No, będę konkretny – wątek zombie wraca dopiero w 18. odcinku, chociaż sygnalizowany jest już od odcinka 9., wprowadzając na scenę postać raczej symptomatyczną dla tego, czym Gungrave jest w istocie, i zdejmując ją z planszy kilka chwil później. W tym sensie symptomatyczną, że nazywa się, za przeproszeniem, Blood War. Gungrave to festiwal durnych imion i nazw własnych, rodem z jakiegoś Metal Geara, którymi upstrzone jest niemal wszystko i każdy. Moim absolutnym faworytem jest Laguna Glock, jakby żywcem wyrwany z MGS, albo z Baccano. Durne nazwy idą w parze z doprowadzającymi do bólu brzucha ze śmiechu scenami koszmarnie leniwymi, pełnymi porozstawianych absurdalnie fabularnych hooków i flag. Gangsterska historia naszych bohaterów to nic innego, jak przemielone wszelkie Ojce Chrzestne i Chłopcy z ferajny, i dobrze przewiduje bzdurność wypuszczanej w niedalekiej przyszłości serii Yakuza.


Wybaczcie, ale nie byłem w stanie zdzierżyć nieustających japońskich Harri MakkuDoeru, znany też jako Brotti Harri, czy innych Biyondo za Greibu, i po prostu przełączyłem ścieżkę dialogów na angielską. To był strzał w dziesiątkę. Co zabawne, znaczna część obsady angielskiej pokrywa się z obsadą Cowboya Bebopa, jednak kwestie dialogowe są dalece mniej dojrzałe, stąd absurdalny dysonans. Brandona podkłada Jin z angielskiego Samurai Champloo, i w zasadzie gra niemal tę samą postać. Ci wcale sprawni weterani, mierzący się z kiepskim tłumaczeniem wyjątkowo bzdurnych dialogów, musieli mieć chyba w studio równą polewkę, co ja przed ekranem. A ich szeregi wzmacniają też przecież aktorzy grający okrutne drewno, wprost ze szkoły aktorstwa Shenmue. Angielski dublaż jest pomidorek.


Serial jest odtwórczy i, w przeważającej części, straszliwie głupi, ale potrafi też zebrać się na wyjątkowo zgrabne sceny, a ostateczną konfrontację między Brandonem a Harrym poprowadził wręcz wzorcowo. Aż dziwne, wszak jest to serial w zasadzie tym się wyróżniający, że „zabili go i wstał” brzmi fajniej, niż „zabili go i uciekł.” Jego znacznie lepszą stroną jest, moim zdaniem, fantastyczna atmosfera i udane projekty krajobrazów. Raczej nie sposób bronić tezy, że Gungrave dzieje się w jakiejś technologicznej dystopii, jednak pożerający bezimienne miasto Millenion wprowadza coraz to silniejsze poczucie opresji, któremu przeciwstawia się niekiedy tylko to śliczne niebo, czasami niebieskie. Niebem świetnie tu grają, niemal jak w Texhnolyze.


Stylówy robił tu p. Nightow, prywatnie autor serii Trigun, i są bardzo udane. Raczej nachalne wizualne przeciwstawienie Brandona i Harry’ego kolorami czarnym i białym może wprawiać w szyderczy uśmieszek, ale pozostaje bardzo konsekwentnym na przestrzeni serialu. Nie idzie to w parze z techniczną jakością animacji, i efekt sylwetki w stylu yaoi powtarza się niestety nagminnie. Widoki, poza ścisłym centrum miasta, mają dziwnie włoski posmaczek, od slumsów w typie Neapolu, po zielone brzegi upstrzone cyprysami. Być może to autosugestia, jako że to serial o mafii, jednak atakowało mnie to ustawicznie – serial umiejscowiony jest przecież w niejasnym zakamarku Stanów Zjednoczonych.


Udźwiękowienia japońskiego nie poznałem, mimo że jest pełne sław z okresu (i chyba dlatego mi mało na nim zależało – są to nazwiska strasznie zgrane), a angielskie dodało serialowi dodatkową warstwę komiczną. W obu przypadkach buja nami jednak ta sama muzyka, raczej higieniczna i bez większych wybryków, poza niektórymi scenami walki. Absolutnie fantastyczne są natomiast zarówno OP, jak i ED – polecam przesłuchać obydwa, umieszczam je poniżej tekstu. Niestety, nie zadbano o zgrabne podsumowanie muzyczne ścisłej końcówki serialu, zamiast tego grając na kompletne wyciszenie, co może burzyć – nie będzie tu nigdy scen bebopowskich.


Gungrave to męski seans – kobietki są tu sprowadzone na drugi plan i potraktowane wyłącznie jako ciepłe i spolegliwe ofiary męskich porachunków. Również dlatego męski, że nie potrafiłbym chyba oglądać go w towarzystwie inaczej, niż wspólnie konsumując procenty i rżąc z bzdur na ekranie. Nie ma w tym absolutnie jakiejkolwiek ujmy dla serialu, to wciąż świetna zabawa, i jak najbardziej zasługuje na uwagę. Na poły wydumany akcyjniak, na poły remiks gangsterskich filmów, Gungrave to unikat, i trudno znaleźć dla niego konkurenta w tej niszy. 2/10, wspaniała robota.


OP


https://www.youtube.com/watch?v=Hlf5yNAiU9A

Zaloguj się aby komentować