Wyjazd na Gran Canarię to było trochę moje wyjście ze strefy komfortu, bo w głowie miałem, że to bardzo turystyczne miejsce, gdzie ciężko będzie uciec od tłumów. Dwa, że moja lepsza połówka jedzie ze mną. Do tej pory jeździłem sam. Ale ostatnio dała się namówić i, jak się okazało, we dwoje również jest fajnie oraz bezpieczniej, bo jest również moim głosem rozsądku, ale o tym może trochę później.
Wyjazd pod koniec kwietnia miał być oderwaniem się od deszczowej pogody w Irlandii Północnej. Na kilka dni przed naszym wylotem na Wyspach Kanaryjskich pojawił się, no oczywiście, huragan, jakiego Wyspy Kanaryjskie od lat nie miały.
No uj mi w d i na imię pomyślałem. Klątwa irlandzkich bogów deszczu chyba nie opuści mnie już do końca życia. Ostatnio byłem w Polsce przed tymi upałami, to wiem, o czym mówię, bo lało cały tydzień.
Na szczęście w dniu wylotu wszystko powoli wracało do normy i samoloty bez problemu latały.
Wyjazd na lotnisko o 1 w nocy i jakieś 15 kilometrów od domu jakiś przygłup przeleciał obok nas na skrzyżowaniu mając ze 200 na budziku, nasza Toyota oberwała "tylko" milionem kamieni jakie to drugie auto podnioso z pobocza. Na szczęście szyby i światła całe.
Na fajnie się zapowiada powiedziałem.
Lot jak lot, trochę długo, ode mnie na Gran Canarię to 5 godzin. Większość przespałem, natomiast lądowanie jedno z gorszych, jakie miałem od 20 lat. Już kiedy mijaliśmy Maderę
Kiedy samolot zaczął się zniżać to zaczęło nim momentalnie telepać i tak nie ustawiło, aż do płyty lotniska na którą delikatnie mówiąc przyładował i to srogo.
Loteria na samochód na lotnisku nie była dla nas łaskawa, to znaczy klasa auta się niby zgadzała, ale Seat Arona jaki dostaliśmy, to był mocno nadgryziony zębem czasu i trudów życia.
Szczęście w tym nieszczęściu, że miał niski poziom powietrza w jednym z kół, więc poleciałem udawać mega niezadowolonego z tego faktu, i wymieniono nam na nowego DSa. Całe szczęście
Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu miejscowości Arguineguín, w której się zatrzymaliśmy, później odebranie mieszkania, szpacer po plaży i spotkanie Portugalskiego Żeglarza, ten fioletowy na zdjęciu ( nigdy ich nie dotykajcie, bo powodują poparzenia skóry ), i oczywiście znalezieniu miejsca, gdzie zjemy obiad oraz później kolację. Trafiliśmy na fajny lokal przy plaży Gusto di Mare, gdzie serwowali dobre jedzenie i mój ulubiony wędzony kozi ser
Siedzieliśmy na zewnątrz, było ciepło, ale trochę wiało, a wszędzie było widać, że to, co nawiedziło wyspę, trochę pozmieniało krajobraz.
Jednak dzień zaczął dobiegać końca, a że jesteśmy na wakacjach, to trzeba się położyć spać, bo jutro wstajemy o 4 🫠
I zabieramy się za zwiedzanie, cdn.
P.S. Na moim kanale YouTube jest film z całego pobytu.
#grancanaria #podroze




